środa, 29 czerwca 2016

Elka.. Zrobiłam jak mówiłaś..

Zośka przynosiła mi przeróżne zwierzaki.
Jak mnie nie dopadła, bo czatowała w zaroślach, zostawiała na wycieraczce prezencik.
Za każdym razem prosiłam Mena żeby usunął prezent tak żeby Zośka nie widziała..

Któregoś dnia stwierdziłam, że muszę to zaakceptować i wyszłam do niej jak czekała z kolejnym prezentem w pyszczku.
Niestety to był kos..
Nieżywy.

Wyszłam, pochwaliłam ją z trudem, a ona wsunęła kosa jak wąż... Prawie nie gryząc..
Dziwne doświadczenie...

Po kosie zostały jedynie koncówki lotek.

wtorek, 24 lutego 2015

Baba jak sie uprze..

Ukrywam się..
Od dwóch godzin.
Zaczęło się jak wyniosłam śmieci.
W chaszczach zaczęła sie wydzierać Zocha.
Poleciacialam w chaszcze a ona siedzi i sie drze i patrzy na mnie i sie drze...
Jak podeszłam bliżej zobaczyłam, że schyla sie i bierze w mordkę ptaszka..
No i zajarzyłam..
Ona sie tak drze jak mi prezent przynosi.
Ale Ptaszka jeszcze nie było.. Myszki, nornice, ryjówki jakoś zniosłam.
Ale ptaszek to jakoś tak mi sie zrobiło..
Uciekłam do chałupy i z okna patrzyłam jak Zocha przyniosła ptaszka w mordce i czekała na mnie.
Potem coś usłyszała i uciekła, z ptaszkiem na szczęście w chaszcze.
I tak od dwóch godzin przychodzi i czeka pod drzwiami.
I ucieka po chwili..
No to sie ukrywam dalej.

czwartek, 5 lutego 2015

Co innego zajść daleko, co innego pójść za daleko..

Czyli problem równie ważny jak być albo nie być.
W pracy mam ten problem od dłuższego czasu. Co z tego, że pracuje za kilka etatów jak mnie to wykańcza a Szef nie zdaje sobie sprawy ile na siebie biorę?
Nic..
Jak mu to uświadomić?
Jak nie chce sie dowiedzieć?
Wygrana główna w lotto naprawdę rozwiązałaby problem.
Ale jako osoba O pojęciu informatyczym mam teorie spiskowa w zakresie gier typu Togo lotek, niestety..
Czyli, że wygrana od losu nie zależy. Mimo regulacji ustawowych, sory, nie wierze.

Okazało się, wbrew moim wewnętrznym przekonaniom, że mam ambicje.
Ha..
Że chce sie wciąż rozwijać i że to jest ważniejsze od świetego spokoju, też mnie zdziwiło, ale tak jest.
Myślałam jednak, że wszelki ambicje we mnie skisły, i nie chce mi się autentycznie walczyć, ale jednak żyje i rożne takie mnie dotyczą.

Jednym słowem jestem odpowiedzialna za rozróbę w pracy.
Się nie dałam stłamsić..
Kolejny stes.. Co bedzie wynikiem tego kroku?
Łomatko...
Boje sie..
To nie są czasy na takie rewolucje..

Wiadomo, że niezastąpionych nie ma.. Co z tego, że sama ogarniam setki spraw..
Grrr...

A koty maja sie dobrze :)
Zocha przez miesiąc nie chciała za bardzo jeść.
Wcina w tej chwili RC zamiast TOTW, ale uznałam, że ważniejsze jest żeby cokolwiek jadła niż nic.
Nie podoba mi sie to, ale RC wcina aż miło..
Nie wiem czy ktoś ja przytruł, bo nie chciała przez kilka dni nic absolutnie, choć kupiłam świeża wolowinką, nie chciała nawet ukochanego kociego mleczka..
Cóż..
Koty domowe przybrały, sadełko słodkie można zobaczyć na Rudim a wyczuć na Pyziaku.
Zaczną sie wiosna wycieczki na ogród to mam nadzieje schudną.
Bo teraz tylko jedzenie, spanie, jedzeńie, bijatyka krótka, jedzenie i spanie :)

niedziela, 11 stycznia 2015

Wiem gdzie spałaś tej nocy kochana...

Zośka jako właścicielka dwóch nieruchomości nie powinna mieć problemu z miejscem do schronienia.

Niestety, ku mojej udręce skutecznie pokazuje, że ona ma w tym temacie własne zdanie.
Pierwszy domek wybudowalismy z moim menem półtorej roku temu dla Zosi i szóstki małych które do mnie przeprowadziła.
Decyzja o budowie była szybka i spontaniczna. Kociaki siedzialy z mamusia w zaroślach, tu nie ma żadnych nadmiernych budowli bo to pole w dzikiej dziczy,   wiec schronienia zero. Tak powstał solidny, piętrowy domek z nieprzemakalnym dachem, wylozony polarkiem na każdym pietrze dla stadka kociego do ochrony i zabawy.
Koty pocieszyły się nim jeden dzień bo jak przypuszczam lis zajął się maluchami i ostał się jedynie przerażony Pyzak z Zosią.

Po tym incydencie Pyzak zniknął na trzy dni. Potem już nie czekałam i przy pierwszej okazji jak wystarczająco się zbliżył w czasie jedzenia mój men go pochwycił po czym spędził godzinę w łazience żeby uspokoić malca, ja w tym czasie dostosowywałam pokój.
Od tego czasu Zocha wykorzystywała dach domku do czekania aż przyjedziemy z pracy lub wygrzewania się na słońcu.
No, czasem weszła do środka,  ale nie do spania.

Następny domek mój men zrobił juz sam w czasie jak Zocha kurowała się w naszym  domu po szyciu i sterylce.
Mały, styropianowy domek pokryty jakimiś substancjami nieprzemakalnym, postawiony na werandzie z tyłu domu w miejscu gdzie stał fotel. Na tym fotelu lubiła spać w nocy, wiec miejsce dobre, w miarę bezpieczne, ale że względu na temperaturę bardzo ujemną fotel uznałam za nieprzydatny.
Oczywiście się myliłam.
Do domku włożyłem jej kocyk polarowy z fotela.
Oględziny kilka dni później potwierdziły,  że Zocha zaglądała do domku.
Ale tam nie spala.

Od tego czasu minęło dla miesiące i wiem, że żadnego z domków do spania nie używała.
Tydzień temu przy bardzo silnym wietrze i temperaturze minus osiem widziałam jak siedziała o północy na werandzie na styropianowy domku. I marzła .
Ale w środku nie..

Dopiero dziś po północy jak zdecydowałam że idę spać,  jak co dzień zajrzałam przez szybę do domku.
Była!  Spala!
Dziś rano po piątej przyszła i było widać że jest mniej niespokojna niż normalnie.
Bo się wreszcie wyspała...

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Krwawy prezent..



Niestety przez brak normalnego sprzętu nie mogę działać na blogerze.
Proste rzeczy jak edycja posta czy udostępnienie filmiku z youtube na Adroidzie czy ipadzie - jedynym dostępnych mi systemach - jest awykonalne.

Więc czynię szybki wpis na porwanym laptopie.

Zocha przynosi mi od czasu wypuszczenia prezenty.
Ryjówki, myszki, nornice.
Przynosi pod dom, i krzyczy do mnie żebym wyszła i zabrała.
Czasem jeśli nie wyjdę, zjada zdobycz, czasem zostawia, tym razem zjadła :)
Ale wcześniej z 15 minut "oswajała" pól myszki..

sobota, 11 października 2014

poniedziałek, 6 października 2014

Zocha..

Przez osiem ostatnich dni w domu Zocha miała otwarta klatkę.
Korzystała z wyjścia tylko po to żeby się bardziej schować w kąt, żeby jeszcze mniej ją było widać.
Przerażona nawet na odgłos kroków mojego mena.
Nie pomagało moje siedzenie z nią, gładki owszem, przyjmowała z mruczeniem, ale nic więcej.

Wszystko przez tę okropna wizytę u wetek..

Wczoraj zapakowalismy kotkę do transportera i wypuściłam na zewnątrz.
Przez cały dzień się nie pokazywała.
Dopiero jak się ściemniało i juz straciłam nadzieje, wyskoczyła z zarośli na widok mojego mena przy samochodzie.

Jest inaczej.
Jak wcześniej przychodzi na jedzenie i mizianki, ale zaczęła się drzeć.
Drze się jęcząco, jakby się żaliła.
I szukała czegoś?

Jest to bardzo dziwne, nie mogę jej zrozumieć, nie wiem o co kaman???

Tym bardziej, że po zmroku ona nigdy z siebie dźwięku nie wydała.
A teraz na cały regulator?
Ktoś taki przypadek miał???

poniedziałek, 29 września 2014

Wszystko nie tak.. Prawie..

W ubiegłą środę rano zastałam zadowolona Zoche bez kubraczka.
Leżał obok niej, nierozwiązany.
Cały czas w kloszu radośnie się wylizywala.
Przeraziłam się, ublagalam mojego mena na urlopie żeby jechał z nią sam do weta, żeby wet zobaczył rany i założył większy klosz, juz bez ubranka bo widziałam, że sensu nie ma, kota w klatce czystej, na podkładach higienicznych z brakiem możliwości skakania.
Sama musiałam jechać do pracy na cały dzień..

To był potworny błąd.
Zadzwoniłam do weta, nie było mojego, ale umówiłam się na wizytę z nim i z drugim wetem pomocniczym, bo kotka jest dzika.
Mój men spartolił , zawsze mogę liczyć że spartoli sprawę na której mi zależy a muszę mu powierzyć.

Mój wet miał być w tym gabinecie tylko chwile, siedzi tam w ciagu dnia młoda lekarka i towarzyszy jej czasem praktykantka.
Umawiałam telefonicznie wizytę z lekarką, ale wizytę z moim wetem a do pomocy lekarka.
Mówiłam o tym menowi, wiedział o tym, ale nie zareagowal siedząc w poczekalni, że wet opuszcza gabinet i zostawia dwie baby, które do czyniańia z kotami dzikimi nie mają.
Lekarka postanowiła najwyraźniej na Zosi się pouczyć, obie z praktykantka w rękawicach zabrały się do badania, co przy ogromnym przerażeniu Zochy skończyło się tym, że mój men trzymał szamocącą się Zoche, a baby ogladaly ja w rękawicach na zwierza z daleka.
Wciąż mnie trzęsie jak tylko o tym pomyśle, bo men zadzwonił do mnie oczywiście po tym horrorze, gdyby zadzwonił ze nie ma mojego weta to wyslałabym go do domu..

A tak kota znowu siedzi skulona w rogu kontenerka, bo przeraża ja sama obecność mena a siedzi z nim w pokoju..

To portret królowej, pięknie zapozowała bo mena w pokoju nie było..


Ożywia się tylko jak wstaje do niej o piątej, men wtedy śpi.
Cała moja miesięczna praca żeby oswoić mena z Zocha poszła w diabły, nie ma możliwości żeby zgodził sie udomowic Zoche, a z drugiej strony Zocha się go panicznie teraz boi...
Przez głupia babę, która chciała się wykazać..

Niw wiadomo co zrobić z Pizdryczkiem, chłopak ma laktację i nic nie pomaga.
Jeździmy, jeździmy i nic..

Z pozytywów, wczoraj zdjęłam Zosi kołnierz, po miesiącu wymyla się sama z radoscia.
Czekam z utęsknieniem na sobotę kiedy wypuszczę kotę na wolność..
Mam nadzieję, że bedzie do mnie przychodzić na jedzonko..
Źle mi, potrzebuje mnóstwo okładów z kota..

wtorek, 23 września 2014

Strajk..

Zocha od piątku niewiele je i pije, ale dziś zastrajkowała zupełnie.
Rano jak przyszłam do pokoju i otworzyłam klatkę zaprosiłam na śniadanko mięseczkiem kota mięsko powąchała i wyszła z klatki krokiem kota robota mechanicznego poszła na drugi koniec pokoju i zamelinowana się w budce.
Mój men twierdzi, że cały dzień się z niej nie ruszyła.
Jak wróciłam chwile temu do domu, zaniosłam jej świeże mięsko stwierdziła, że nie obdarzy mnie zaszczytami jak zwykle i nie wyjdzie do mnie i nie zje mięska.
O..

Godzina 22:00
Zdecydowaliśmy z menem wyrwać kocie z budki, nie mogłam jej nawet nakarmić przez strzykawkę.
Wróciła za nasza pomocą do klatki, oczka przemyłam, mleczka dla kociąt przez strzykawkę zaaplikowalam.
Nie spodziewałam się takich kłopotów, siedzi u nas czwarty tydzień prawie i tak focha odstawia, że by się odwodnila.

piątek, 19 września 2014

Akrobatyka z dziczy..

Tak, już po.
Wet tak się przygotował po usłyszeniu historii z demolka przy poprzednim uśpieniu, że całość trwała dłużej niż zwykle.
Trzy godziny czekaliśmy na Zoche.
Okazało się, że wytargała sobie część szwu z rany i trzeba zaszyć jeszcze raz. Ale sterylka była.
Podobno czas był już najwyższy ku temu.
Przy okazji kota miała oczyszczone uszka i zakroplone, oczko okazało się zapaleniem spojówki, będę zakraplac.
Teraz Zocha śpi, ma jeszcze gorzej niż wcześniej bo i kołnierz i kubraczek.
Teraz mnie pewnie nienawidzi.
Jak ja nie lubię sterylek....

Serdeczne podziękowania za kciuki :)

środa, 17 września 2014

Stres..

Oj, nie ma nudy w dzikiej dziczy.
Zosi oczko wciąż oczyszczam, zaropiałe, nie pojechaliśmy na sterylkę, planowana jest na piątek, trzymajcie kciuki proszę.

W piątek wyczułam u Pizdrysia na brzuszku gulki.
Cztery duże, miękkie gulki w różnych miejscach brzuszka.
W niedzielę już były większe.
Nie mogłam się dodzwonić do weta, który Młodego leczy, dopiero wczoraj się udało i zaraz pojechaliśmy.
Spanikowała byłam już bardzo, z sercem na ramieniu spakowałam syczącego Młodego do samochodu i pojechaliśmy.

Pizdryczek od małego jest chory na plazmocytarne zapalenie dziąseł. Choroba immunologiczna, nieuleczalna, jak twierdzą lekarze zawsze się kończy usuwaniem ząbków.
Na początku roku lekarze wydali taki wyrok, ja nie chcąc pogodzić się z usuwaniem ząbków temu małemu słodziakowi zaczęłam szukać alternatywy.
Mój wet, nieoceniony przy podnoszeniu przez rok na nogi Rudiego na szczęście słucha klienta i zastosował leczenie zaproponowane przeze mnie hormonami.
Po dwóch miesiącach stan dziąsełek jest tak dobry jakiego nie było od początku, ale..
Okazało się na wizycie, ze Młody zaczął przechodzić metamorfozę na dziewczynkę..
Wet mówi, ze Pizdryczek jest dość unikalnym kotem - nic a nic sie sprzeczać nie będę, każdy kot jest unikalny :) - i że po kastracji i odstawieniu hormonów zareagował powiększeniem 4 cycuszków..

Jednym słowem, kamień z serca, teraz jeździmy na zastrzyki przeciwzapalne.
Młody cały czas czuje się świetnie, poza tymi cycuszkami które mnie tak przeraziły, nic mu nie jest.
Odżył, bo zapalenie dziąseł odbierało mu chęci wszelkie, zaczął się regularnie już myć, zaczepia Rudego, śpi mi w ramionach.

Zosia z kolei codziennie przy porannym karmieniu po otwarciu klatki zwiedza pokój. Obwąchuje wszystkie kąty i wraca do posprzątanej klatki na mięseczko i mleczko.
Przy mnie się nie krępuje wyjść, po południu jak mój men jest w pokoju już nie chce.

Szybka relacja bez zdjęć znowu :)
Pozdrawiam cieplutko dziękując, że do mnie zaglądacie i wspieracie kochane Kobiety! :)

wtorek, 9 września 2014

Dzień 11 odpukać w niemalowane..


Lubię piec, gotować, ale tylko wtedy kiedy mam chęć.
Wtedy mnie ta czynność odpręża.
Dziś miałam chęć żeby upiec moje ulubione mufinki wg przepisu Nigelli. Upiekłam ich 27, jakaś potworna ilość.
W całym domu pachnie nie do wytrzymania, nie wiem czy usnę :).
Kiedyś, jak jeszcze nie byłam na bezglutenowej diecie pożerałam większość, teraz tylko robię i wdycham ten cudowny zapach.
Bezglutenowe tak nie pachną.. I tak nie smakują..

Zosia jest megagiga grzeczna.
Oczko zaropiałe katastrofalnie na brązowo, nie robi jej dobrze przerwa w oczyszczaniu od rana do wieczora kiedy jestem w pracy, doprowadzenie do porządku tego bałaganu na oczku trwa długo, a ona to znosi cierpliwie.
No.. Prawie :)

Jak sprzątam jej w klatce siada w kątku, choć jej nawet nie przeganiam, sama z siebie.
Albo idzie do kontenerka.
Nie pcha się na zewnątrz klatki, co mnie dziwi ogromnie.
Widzę, że wyluzowała, je, ale ilości dostosowane do jej sytuacji, w sam raz wręcz.

Zaczęła tęsknie patrzeć na mnie jak zamykam klatkę..
Patrzy na mnie w stylu "no co Ty? i tak mnie samą zostawiasz?"
Wczoraj w nocy tu była ulewa. Obudziłam się i pomyślałam, że wiem gdzie jest Zocha, wiem że nie moknie i jest bezpieczna.
Ech, ta kocia wolność - moje utrapienie, chciałabym żeby wszystko było poukładane, a tak nie jest, życie..

niedziela, 7 września 2014

Dzień 9 - znów niedziela



Dziś Zocha w takiej sennej odsłonie, leżing i mizianko.
Apetyt dziś nie za duży, widać nosek zaatakowany chorobą i prawe oczko, które cały czas trzeba wycierać i nacierać antybiotykiem.

Chłopaki cały dzień naciskają na wyjście na ogród, muszę ich pilnować więc wychodzić z nimi a taka pogoda, że odmówić trudno.

Przemyciłam moje ukochane fuksje, nie wszystkie rodzaje, tylko te na tylnej werandzie.

Na koniec bardzo prywatne zdjęcie :)

Alison, dla Ciebie zdjecie klatki.
Jest dość duża, no nie można się rozpędzić, ale nie jest źle :)

sobota, 6 września 2014

Dzień 8 = koci katar

Wstałam o szóstej żeby nakarmić kociaki i zobaczyć co u Zosi.
No i zobaczyłam..

Oczko tak zaropiałe, że aż zaklejone, nosek przyczerniony.
Już przerabiałyśmy to z Zochą dwa razy w zeszłym roku, wcześniej nie wiedziałam co to. Co prawda leczenie trwało długo, ale z sukcesem - ona za nic nie chciała do domu wejść, więc mogłam jedynie ją dobrze karmić i podawać tabletki w karmie.

Ale teraz?
Dopiero po zabiegu, na czternastodniowym antybiotyku osłonie koci katar??
Jeden koteczek i tyle na raz..

Coś za coś, Zocha z powrotem jest miziasta, siedzę sobie przy otwartej klatce i miziam.. i miziam kociołka..
A moje dwa pod drzwiami śpiewają serenady..
Bo jak to drzwi przed nimi zamknięte?? A ja za drzwiami?? Co ja tam robię??

Nie no, czują Zochę.. I czują że jest chora.. To widać.

Rudi i Pizdryczek byli szczepieni przeciw kk pod koniec zeszłego roku, ale wzięłam ich do weta na odnowienie.
Potwierdził, że jest bardzo prawdopodobne, że przy zdjęciu szwów zrobi kastrację (czemu oni zawsze poprawiają mnie, że sterylkę, jak ja kastrację chcę?), ale to jak Zochę będzie miał na stole to zdecyduje.
Nalegałam na dodatkowy antybiotyk na koci katar, choć on stwierdził, że zasadniczo ten co dostała w niedzielę przy szyciu powinien wystarczyć.

Jak?? Przecież ledwie 6 dni po szyciu ona ma koci katar?
Ale dostałam tabletki i będę podawać.
Zocha przez chwilę miała nawet apetyt, ale już jej przeszło. Za dużo na tę małą babeczkę..

piątek, 5 września 2014

Dzień 7 - czy to normalne?

Dziś rano po wstaniu odwiedziłam Zochę.
Jest w jedynym pokoju osobnym, zamykanym i w klatce.
Zastałam niezły kipisz.
Była w kuwetce i próbowała zakopać nr 2. Nr 1 był ogromny :).
Cała klatka i pokój wypełnione były żwirkiem.
Próbowałam ogarnąć to zamieszanie przed pracą, jakoś ciężko mi szło i szło..
Na koniec leżąca w kontenerku Kota zaczęła traktorzyć.
Ona ma traktorek cudowny.. Taki głęboki.. Podziękowanie za wołowinkę jak myślę..
Ale..

No właśnie. Ale - dotyczy śladów różowych na podkładzie, z rany zapewnie.
Tylko czy piątego dnia po zszyciu to normalne??
Sporo tych śladów..

środa, 3 września 2014

Dzień piąty.. Bo z kotem trzeba gadać..

Wczoraj padłam..
Rano, przed pracą usiłowałam zachęcić Zochę do jedzenia.
Ciepłe mleczko dla kociąt, rosołek z kurczakiem, ulubione chrupki.
Nic, leżała w tej samej pozycji od niedzieli, wciśnięta w kontenerek.
Ani jeść, ani pić, ani się ruszyć.
Kuwetka też nie używana.

Wieczorem, jak wróciłam z pracy, wywaliłam jedzenie z rana, podgrzałam mleko dla kociąt coby pachniało i ruszyłam do Zosi.
Wcześniej Luby zdjął górną część kontenerka żeby był do koty dostęp.
Na klęczkach :) zaczęłam rozmawiać do Zochy, tak jak co dzień na dworze. Mała, trzęsąca się bida z nędzą w kołnierzu, wydawało się cały czas że mnie nie poznaje.
Po chwili zaczęłam jej to mleko podawać strzykawką cały czas gadając.
Początkowo nie chciała się nawet oblizać, mleko spływało po kołnierzu na podkład, ale w końcu liznęła.
Raz, drugi, trzeci..
Wpakowałam jej pół strzykawki mleka i tak po godzinie tych pogaduszek przy mleczku Zośce błysnęło w oku, zmieniła dwudniową pozycję na inną..
Potem próbowałam jeszcze podać jej mleka, ale już współpracy nie było, więc zostawiłam jej w miseczce.

Wyobraźcie sobie moją radość dziś rano jak po raz pierwszy od trzech dni zobaczyłam pustą miseczkę po mleku i kilka chrupek mniej!
Radość!!

Cały czas w transporterku, ale już wstaje - jak nikogo nie ma w pokoju - teraz po powrocie z pracy znów kilka chrupek mniej i wychłeptane mleczko.
Cztery łapki były w kuwetce, ale jednak nic nie zostawiły niestety..
Ale progres jest, wreszcie..

Przyniosłam jej świeżej wołowinki, zostawiłam i za chwilę pójdę zobaczyć czy się skusiła.
Jedz maleńka, jedz!

P.S. Wołowinka smakowała!

poniedziałek, 1 września 2014

Wieści z frontu - szpitalnego..

Ktoś by mógł pomyśleć, że jak już dojrzałam ranę, złapałam kotka, kotek poskładany...
Leży w ciepłym domku gdzie mu wołowinki i kurczaczka nie braknie...
Tylko, e koteczek nic a nic nie chce..
Ale to nic a nic się nie poruszył od 27 godzin..
Masakra jakaś..
Ugotowałam kurczaczkowe piersiątka, podałam rosołek z mięskiem, ulubione chrupeczki..
I nic..
Kocia wciśnięta w transporter..
Nie je, nie pije, nie wydala..
A ja się denerwuję..
Bo rozcięła sobie dużo.. I poskładanej trzeba dostarczyć różnych pysznych które ma..
Tylko nie je..
Się zaraz rozpłaczę...
Jutro już wolnego nie dostanę..
Zosieńko, obudź się z tego letargu!!!!!!!!!!!!!!

niedziela, 31 sierpnia 2014

Straszne rzeczy 2 - dobre wieści

Wykończą mnie te koty kiedyś.
Wczorajszą dzień mnie rozstroił nerwowo, noc spędziłam co chwilę z latarką - na polu ciemno jak ... - sprawdzając przed drzwiami łapkę, rano też i w końcu po dziesiątej usłyszałam charakterystyczny dźwięk zapadki.
Oczywiście siedziała w klatce Zocha miałcząc żałośnie. Bardzo ładnie przeszła fucząc i prychając do kontenerka, no, dzięki mnie prawie by wyszła, ale Luby uratował sytuację.
Panikara jestem.. Przyznaję się bez bicia..
Ten jej miałk to z takich wysokiego tonu, świdrujących czaszkę. Towarzyszył nam przez całą drogę z dzikiej dziczy do dyżurującej kliniki w mieście.

Rany po kocich pazurach robią się jakby same, nic ich nie czuć, tylko nagle tryska krew nie wiadomo skąd.
Wczoraj po tej idiotycznej próbie łapanki Zochy bez sprzętu mam straszne rany po pazurach, biedny Wet na dyżurze przyjmujący Zochę zapamięta zęby koteczka na zawsze.
A uprzedzałam..
Uprzedzałam, że koteczka nieduża a żywotna bardzo, nieznosząca przymusu.
Wet wziął transporterek do zamkniętego pomieszczenia na zapleczu..
I się zaczęło..
Biedna, przerażona do granic Zocha zrobiła totalną demolkę, skakała po kątach, półkach zrzucając wszystko. Wet dwoił się i troił a ja za drzwiami przerażona co z koteczki zostało czekałam..
Wylała denaturat i się w nim wytaplała.
Co robią weci denaturatem??

W końcu umęczony Wet wrócił z ugryzieniem palca przez paznokieć, lewej ręki na szczęście, ale udało mu się dać zastrzyk Zosi.
Silna z niej babka. Wet mówi, że takiego dzikusa jeszcze nie widział..
Poprosiłam go żeby się Zochą dobrze zajął, on przyrzekł, że nie ma do niej urazu o rozwalonego palca, upewniłam się dwa razy, że da sobie radę - obiecał, że da..
Zadzwonił półtorej godziny później, że Zosia poskładana, założył jej kołnierz, pokazał mi ranę..
Faktycznie, tak jak widziałam, oderwała sobie kawał skóry, Wet mówił, że bardzo proste cięcie, czyli moja teoria o zahaczeniu na płocie jak najbardziej prawdopodobnA.
Przyszło mi do głowy na koniec, że dobrze byłoby pazurki jej przyciąć, żeby miała mniejszą możliwość się rozdrapać, kocia wciąż spała więc można było.
No i Zocha znów dała próbę swoich możliwości..
Uśpiona nagle wyrwała się Wetowi i Lubemu - dwóm dobrze zbudowanym chłopom - i poleciała na koniec gabinetu.
Ale Wet ją złapał fachowo, Luby pomógł i pazurki poszły precz.
Wet zdecydowanie miał dość przygody z Zochą, i tak był dzielny.

Swoją drogą, gdyby się złapała wczoraj, pojechałabym do swojego Weta i ani nie byłoby takich cyrków, ani nie straciłabym majątku za dyżur niedzielny.
Jestem zadowolona, że Kocia zreperowana siedzi w klatce. Łomatko jak bardzo jestem zadowolona..
Klatce którą pomogła zdobyć Gosia Wrocławianka - jej i Kamili z PRZYGARNIJ KOTA - serdeczne dziękuję!
Ewung też serdeczne dzięki za pomoc :)

Łomatko.. Zmęczona jestem jakbym 12h pracowała jako górnik dołowy.

Kciuki nadal potrzebne!
Bardzo dziękuję za dotychczasowe, przydały się bardzo.

Mam plan.
Za dwa tygodnie ściąganie szwów. Musi być w znieczuleniu, inaczej Zocha nie pozwoli, więc planuję sterylkę..
Łącznie miesiąc w klatce, kurczę, czy Zocha da radę?

No i w ogóle co będzie jak dojdzie do siebie po znieczuleniu a tu kołnierz i klatka i zamknięcie w domu naraz????
Bądźcie ze mną proszę bo się boję..

sobota, 30 sierpnia 2014

Straszne rzeczy w dzikiej dziczy..


Zocha, Zosieńka, Kocia..
Dla przypomnienia, chuchro które dojrzałam w naszym śmietniku w maju zeszłego roku, które zaczęłam dokarmiać, które przyniosło mi pięć kociaków z których to pięciu ocalał Pizdryczek. Kocia, która jest niesamowicie łowna - myszki, nornice i inne z naszego ogrodu, nisamowicie mądra i niesamowicie miziasta z jakąś traumą "nie wejdę do domu.. nie zamykaj drzwi.. aaaaaaaaa"
Przychodzi na jedzonko i obowiązkową sesję miziankową.
Kocia dziś przyszła jak zwykle rano, pracowałam z facetem w garażo-ogrodzie, miałkała jak zwykle kiedy chce jeść i się miziać, jeść miała nasypane, miziać nie miałam jak..
W przerwie podeszłam do niej i zobaczyłam, że ma coś dziwnego na tylnim podwoziu.
Straszna rana, oderwany kawał skóry.. Tyle zdążyłam dojrzeć, bo Zocha przychodzi się miziać, ale jest kotem - wolnożyjącym, co oznacza ciągłą czujność i ciągłą gotowość do natychmiastowej ucieczki..
Jak zobaczyłam ranę natychmiast rzuciłam się po transporterek.
Ale...
Ale ja nie umiem łapać kotów, nigdy nie łapałam..
No i akcja zakończyła się fiaskiem.. Zocha uciekła, a ja mam poharataną prawą rękę..
Nie, nie pogryzła mnie, próbowała uciec i pazury mi się odbiły mocno.
To było przed południem, zrozpaczona rzuciłam się na telefon szukając wolnej klatki łapki, jedna miła Pani z fundacji użyczyła mi i wieczorem zamontowałam z nadzieją, że jeszcze dziś pojedziemy poskładać kotę.
Taaa...
Plany to ja mogę mieć..
A życie i kota swoje..
Zocha co prawda wróciła, uciekła na mój widok jak nigdy, a do łapki weszła jak byłam w domu, wyjadła chrupki i poszła. Zapadki nie uruchamiając, a ćwiczyłam zapadkę ze dwadzieścia razy!
Grrr...
Denerwuję się jej stanem, bo ona nie wiadomo gdzie nocuje, w wybudowanym dla niej domku przed domem jedynie wygrzewa się na dachu, gdzieś we wsi jest.
Nie dziwię się, tu na polu fajnie nie jest w nocy..
No a ja nie zasnę..
Trzymajcie kciuki, żeby się złapała, proszę...