wtorek, 27 grudnia 2011

Za góry, za morza, za doliny....

Przed świętami Rudy głównie spał.

Budził się jak wracaliśmy do domu, żeby coś zjeść i żeby mi przerwać w rozpoczętej dopiero co pracy biżuteryjnej przynosząc sznurówę i trącając łapką - w tym momencie trzeba się z kotkiem pobawić, nie ma taryfy ulgowej.
W czwartek przed świętami, co niepodobne do mnie i świadczy o krańcowym wyczerpaniu :), poległam z nim.

niedziela, 25 grudnia 2011

sobota, 17 grudnia 2011

:))

Jestem ostatnio tak zabiegana, że tylko zerkam w przelocie na nowinki u Was.
To się zmieni :), a na razie świąteczny kot Simona :))))

piątek, 9 grudnia 2011

Śliczne kotki dwa szukają domku

Te śliczne dwa kociaczki to około 4 miesięczne przesłodkie futerka szukające domku.
Zoja i Diego najchętniej zostaną razem, u dobrych ludzi.
Więcej informacji o koteczka TUTAJ

wtorek, 6 grudnia 2011

Najlepsze miejsce...

Doprawdy nie wiem czemu, ale od początku Rudi wybrał sobie moje nogi.
Jako miejsce zabaw, snu, odpoczynku.
 Dobrze się jest zaczaić pod nogami, świetnie się pobawić nogawką.
Skutek dla wszelkich nogawek opłakany, dla skóry na nogach też :), ale jaką ma frajdę :)))
Lubi też zasypiać na mojej stopie, czasem zdarza się, ze przy takiej okazji zostaję "umyta" :)
Aportowanie także jest "do stopy" :)

Przy zabawie jednak muszę uważać, żeby oprócz ataków na np Szczurzysława nie oberwało się przy okazji mojemu ramieniu lub ręce.

video

sobota, 3 grudnia 2011

Postcrrosing - Po kociemu

Zapisałam się, a jak :). Na postcrossing Po kociemu
I w jeden dzień dostałam dwie cudne kartki.
Każda zupełnie inna z zupełnie innym tekstem.

Pierwsza od Norwesko, robrajająca :)
Już jak czytałam o sposobach zabicia jesiennej chandry robiło mi się miło :))
Dziękuję cieplutko :))))



Druga od Rzeki z przepięknym wierszykiem specjalnie dla mnie.
Cudo :))
Pozwolę sobie zacytować:

Tymkowi się przyśniło,
że dobrze być lwem by było....
Ryknąć jak lew więc chciał,
usłyszał świat ciche "miauuuuuu".... :)


Bardzo, bardzo dziękuję:)
Zrobiło się pięknie i miło i uśmiech sam się pojawił na ich widok w skrzynce.
Postcrrosing to fajna rzecz :)))


A moje kartki wysłane zrobiła najbardziej utalentowana osoba jaką znam, czyli kobieta wielu zdolności Ewung :)


Karteczki strasznie mi się podobały i mam nadzieję, że spodobają się odbiorcom :)
Ewuś, dziękuję, że je dla mnie zrobiłaś, bardzo było trudno mi się z nimi rozstać, zwłaszcza zgadnij z którą :)))))
Bardzo proszę nie zwracajcie uwagi na techniczną stronę moich prób w środku, już zdobycie kleju trwało dwa dni, następnym razem będzie lepiej :)

sobota, 19 listopada 2011

Kot na weekend czyli Rude górą :)

Proszę Państwa oto Dżonzi zwany Kotem :)
Dżonzi jest jak widać przepięknym futrzakiem, szczęśliwcem mieszkającym z Panią Anią.
Pani Ania ujawniła się ostatnio jako czytelniczka bloga Rudiego.
Zapraszam do ujawniania się i komentowania :)
Pani Aniu pozdrawiam i głaski dla Dżonziego przesyłam :)

czwartek, 3 listopada 2011

Taki mały a tyle je???

Przyszła dziś paczuszka z zooplusa.
Przyszła Panem, i to przyszła na czwarte piętro.
A paczusia ważyła około 20 kg.
Pan już niemłody, zasapany paczusię wtargiwał dobre 5 minut więc Rudi - obrońca domu - musiał koniecznie wyjść na schody i sprawdzić kto się pęta.
Pan zobaczywszy małego rudego spytał:
- I on te dwadzieścia kilo zje????

Przesyłka zawierała głównie półroczny zapas żwirku :))))

wtorek, 1 listopada 2011

Przyłapany...

Kotu nie wolno wchodzić na blat!
Kota nie wolno karmić na blacie!

Jak widać poniżej przy niektórych koty mogą wchodzić na blat i być karmione..
Ostatnio mało Rudiego na jego blogu, więc Aniu nadrabiam :)

Tu widać Rudiego z jego ukochaną zabawką zwędzoną Pani...



A tu zasnął po ciężki dniu z ową ukochaną..

Z obawy o pęcherz i wygodę Rudiego zamówiłam ostatnio legowisko na parapet.
Szczerze mówiąc szukałam wyjątkowo długo, bo chciałam żeby mu ciepło w dupkę było, wygodnie i miło.
Niestety wyboru zbytniego nie ma na rynku, legowiska to zwykle jakaś pianka lebiega o wysokości takiej, że jak Rudi dupkę by posadził to i tak siedziałby na parapecie.
I nagle trafiłam na Geronde.
Różne rozmiary, porządne wykonanie, dbałość o szczegóły dla kociej wygodny, wreszcie porządna grubość pianki.
Zakupiłam, pokorespondowałam przy okazji z niezwykle miłą Panią.
Okazało się, że firma ma kocią sporą brygadę testującą produkty i gwarantującą ich trwałość i wygodę.
Polecam serdecznie, wiedzą co produkują :).
Mają różne legowiska, na parapet , hamaki, i śpiworki.

Rudi podszedł z dystansem do nowości.
Dwa tygodnie siedział obok niej, leżał, nie chciał wejść.
Na nic tłumaczenia, że tam miło i fajnie.
Nie i koniec!

Ale jak już się przekonał to z podusi nie schodzi.
Leży sobie jak król :)


A ja ostatnio biegam i latam i nie mam czasu na nic.
Kilka postów zaleglych do napisania mam, ale nadgonię kiedyś :)
Pozdrawiam Was mocno i ciepło :)

czwartek, 27 października 2011

Monstrum...

Rudi nie ogląda telewizora.
Zwykle go drapie i skacze na niego z rozpędem przez cały pokój.
Dziś jednak zafascynował go stwór.
Siedział tak, potem zaczął się na niego czaić i..
Potwór znikł :)

wtorek, 25 października 2011

To nie jest tak...

..że Rudi doszedł do siebie i na drugi dzień było świetnie.
Mam na myśli zabieg oczywiście.
Wet mnie zapewniał, że po kastracji kocurek jest samoobsługowy :), zapomniał, że mówi o Rudim.
Przez cztery godziny po odebraniu od weta był mocno skołowany.
Bardzo mocno.
Wtedy właśnie sobie wyrzucałam od rzeźników.
Odziu, wszystko ładnie i szybko się zagoiło, sprawdzałam naocznie :).
Następnego dnia zachowywał się jakby coś mu nadprodukowało hormony, latał, biegał.
Przestał mruczeć, przez kilka dni był dziwny.
Zrobił się jakiś przestraszony, jak wtedy kiedy do nas trafił.
Mam wrażenie, że wciąż dochodzi do siebie.
Na plus na razie muszę powiedzieć, że ślicznie się bawi.
Ostatnio zabawy go nudziły, a po bawi się jakby odmłodniał.
Właśnie kończy rok, więc odmłodnienie to hmm :).
Patrzę na niego i trochę go nie poznaję, chyba muszę się go nauczyć od nowa :).

czwartek, 29 września 2011

Co generuje kota??


U mnie bezbłędnie:
- brita dostępna na blacie kuchennym z zawartością wody
- otwarcie puszki kukurydzy B
- otwarcie puszki tuńczyka (co ciekawe innych otwieranych puszek to nie dotyczy)
- otwarcie saszetki kota lub wyciągnięcie jej z lodówki
- generalnie otwarcie lodówki jak znajduje się w niej surowe mięso
- skierowanie się do kuchni
- surowe mięso
- pikanie pralki po zakończeniu prania (specyficzne bo kot wie, że pójdziemy na spacer do suszarni i energicznie loguje się pod drzwiami wyjściowymi zanim w ogóle zdążę na pikanie zareagować)
- reklamówka, torba na zakupy, pełna czy nie, zawsze dobrze w niej posiedzieć
- walizka :)
- otwarta szafka
- otwarte drzwi wyjściowe
- pudełko, u mnie w mniejszym stopniu niż reklamówka czy torba, ale także
- szczęknięcie zamka w drzwiach wyjściowych
- rośliny, być może też specyficzne dla mojego egzemplarza, muszę chronić roślinki w niedostępnych miejscach i jak już je podlewam lub ściągam do czyszczenia kot zaraz zaczyna okazywać im miłość, jak tylko dostanę jakieś cięte to nie mam życia ani ja ani roślinki, bo miłość go woła
- budzik, jak tylko zadzwoni to kot nie bawi się już w podchody jakie zaczyna przed czwartą rano tylko zaczyna się brutalne budzenie :)

A co u Was generuje kota?
Uzupełnicie listę?

piątek, 9 września 2011

środa, 31 sierpnia 2011

Kocia własność

"co???? znowu kot siedzi w umywalce??" zawołał za mną Luby widząc jak biegnę spieniona pastą do zębów z łazienki do kuchni.
Po moim skinieniu głową Luby kontynuował:
"wiesz.... mam wrażenie, że to mieszkanie to jest kota, a ja je tylko spłacam, a on łaskawie pozwala nam tu mieszkać"

sobota, 27 sierpnia 2011

Sobotnie safari..

Od dziewięciu lat mieszkam we Wrocławiu i od tylu lat właśnie Luby obiecywał mnie tam zabrać.
W zeszłym roku już, już byliśmy pod zoo, ale przestraszyła nas ogromna kolejka do kas.
Dziś się udało, Luby zrobił mi niespodziewajkę i pod pretekstem udania się na obiad porwał mnie do zoo.

Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio w zoo byłam naście lat temu jestem bardzo mocno zaskoczona na plus.
Zdjęcie powyższych kotków robiłam nie zza krat, tylko ze środka wozu terenowego :).

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Taki model..

"O... Cały miesiąc się nie widzieliśmy" - to dzisiejsze słowa weta do mnie i mojego futrzastego.

Słowem, znów jest chory.
Siedząc na kanapie, zajadając pyszne, wyselekcjonowane mięska i rybki zdołał złapać siarczysty katar.
Jak??!! No pytam: jak??


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

...... i bum!

Czasami wystarczy tylko, że otworzę swój warsztat biżuteryjny i kotecek skradnie kawałek skóry i personel nie może się już opędzić od kotka.
Bo kotek chce się bawić rzemykiem.
Ale nie sam...
O nie..
Personel musi ożywić rzemyk a kotecek musi za nim biegać, aż opadnie z sił :)
A jak personel na chwilę przestanie, to koteczek próbuje łapką ożywić zabawkę.. A ona nic..
video

piątek, 15 lipca 2011

Plan na dziś..

Wzięłam sobie dziś urlop, żeby pozałatwiać to i owo.
Taki był plan :).
No i nic z niego nie wyszło, bo leżę z kotkiem na kanapie, czytam i błogo mi....
Plany są po to żeby je zmieniać..
A koty są po to żeby uspakajać człowieka chrapliwym - w przypadku niektórych osobników - traktorkiem :)

czwartek, 14 lipca 2011

Tęsknota dobra rzecz???

Znowu musiałam opuścić domowe pielesze i oddalić się delegacyjnie w Polskę.
Rudi zgodnie z relacjami Lubego szukał mnie wszędzie, miałkał jak dzwoniłam wniebogłosy.
A co zrobił jak wróciłam?
Wpier wpakował mi się w ramiona i  bardzo głośno domagał uwagi, oczywiście został wymiziany.
Jak tylko ułożyłam się na kanapie radośnie rzucił się ciąć moje ramionka.
A potem równie radośnie zasnął na mojej stopie :))
I jak nie kochać urwisa?

środa, 6 lipca 2011

Rudy terrorysta

Zaczyna się około 3.30 w nocy.
Rudi chce się bawić, bawi się głośno, albo chce bawić się ze mną.
Wskakuje do łóżka z zabawką, wpierw siada obok mnie i patrzy wyczekująco.
Potem miałka.
Sen mam mocny, więc często nie reaguję.
Potem już jest gorzej.
Wkurzony koteczek szuka mojego ramienia żeby się wtopić w nie zębiskami.
Śpię otulona jak mumia, często jedynie głowa wystaje, więc atakuje zębami moją głowe.
I to nie na żarty, czy delikatnie zaczepnie.
To normalny atak wbijający zęby w moją głowę.
Spycham go z łóżka, a on niezrażony ponawia ataki skacząc z podłogi prosto na moją twarz.
Boję się spać.
W ciągu dnia ataki zdarzają się w różnych sytuacjach, jak się z nim bawię, jak robię coś, jak odpoczywam, nie znam miejsca ani godziny.
Przy tym wszystkim poza atakami jest miziasty, ale często jak się bardzo łasi to mogę być pewna, że atak zaraz nastąpi.
Często atak następuje z przyczyn podobnych jak odrzucone zaproszenie do zabawy w nocy.
Nie dostanie czegoś, zabieram go ze spaceru po suszarni - reakcja jest natychmiastowa, szczękościsk na mojej ręce, ramieniu - to najczęściej.
Do końca miesiąca nie mogę go wykastrować.
Nie wiadomo czy kastracja sprawę załatwi także.

Ja się najnormalniej boje o twarz, a o oczy najbardziej.
Dużo nie trzeba żeby w tych szalonych atakach coś mi zrobił.
Całe nogi, ręce, ramiona i przedramiona mam w naprawdę krwych, miejscmi sinych objawach jego przywiązania.
Nie są to też pojedyńcze ataki, jeden natępuje po drugim.
Kupiłam atomizer Feliway z kocimi feromonami, podobno uspakajają.
Ale podejrzewam, że przesyłka dojdzie za tydzień.
Niestety nie ma opcji odgrodzenia się w nocy od koteczka. Nie ma też możliwości zignorowania ataku.
Co więcej, Lubego atakuje sporadycznie, w nocy tylko mnie.

Czy ktoś ma pomysł jak go uspokoić???
Help...

BTW: Oddam nową pastę Uro-pet, tuba prawie cała. Nie mam złudzeń, że Rudi kiedykolwiek będzie chciał ją zjeść. 

wtorek, 28 czerwca 2011

ph 6 i pół

Kamień spadł mi z piersi.
Wyniki badań kitka są prawie normalne.
Specjalna karma w połączeniu z antybiotykiem dała radę obniżyć ph o cały punkt.
Póki co przez miesiąc Rudi będzie zajadał jeszcze specjalną karmę i znów pomyślimy o pozbyciu się klejnotów.
Cieszę się, że nie podaję już mu antybiotyku, mimo zapewnień lekarza uważam, że jednak źle się po nim czuł.
Chyba wiem lepiej? :)
Bardzo serdecznie Wam wszystkim dziękuję za dobre rady i trzymanie kciuków, naprawdę to duże wsparcie dla mnie:).

niedziela, 19 czerwca 2011

Jak podać kotku pastę?

Ręce opadają...
Podobno koty jedzą Uro-pet bez grymaszenia?
Wczoraj udało mi się podać go bezproblemowo.
Dziś rano Rudi odmówił współpracy w tym zakresie, nie zjadł z łyżki.
Dałam mu do kurczaka na śniadanie, nie zjadł dopóki nu nie dałam drugiej porcji.
Normalnie bym nie dała, ale musiał zjeść antybiotyk, który również miał w mięsku.
Spienił się przy próbie podania strzykawą.
Posmarowanie na łapce załatwiło mi sprzątanie połowy mieszkania po której "zraniony" kotek zaczął hasać strząsając jednocześnie łapką.
No, ja wysiadam....
Mam mu dawać dwa razy dziennie po pół łyżeczki.
Ale jak????

sobota, 18 czerwca 2011

Jest lepiej

Jednak miałam przeczucie żeby w wyznaczonym terminie odwołać kastrację.
Dziś było ponowne badanie moczu, do antybiotyku dwa razy dziennie doszła pasta Uropet, też dwa razy dziennie.
Ph jest wyższe niż było, co jak stwierdziła wetka jest niecodzienne w połączeniu z brakiem kryształów.
Ale to oczywiście dobrze, że nie ma kryształów.
Gdybym wtedy zabrała Rudiego na zabieg, byłoby duże prawdopodobieństwo, że problemy urologiczne urosłyby i stałyby się codzinnością.
Niech żyje moje tchórzostwo :)
Na razie musimy doprowadzić futrzaka do pełni zdrowia i dopiero umówić się na zabieg.
Póki co chyba zacznę ubierać w domu polar bo Rudi nie zaniechał łowów - wręcz je nasilił, moje kończyny górne wyglądają gorzej niż kiedykolwiek, całe poorane.
Może to ubranie w połączeniu z ostatnimi temperaturami odchudzi mnie trochę?
Taki efekt sauny :))
Rudi na chorego nie wyglada. Może więcej ochoty ma na mizianie, ale apetyt mu dopisuje i zachowuje się jak zawsze.
Rozgadał się za to niemiłosiernie :). Miałka jak nigdy wcześnie, czasem w trybie ciągłym, pewnie go rozpieściłąm zanadto i domaga się uwagi.

Poszukiwany dom...

... dla cudownego beżowo-rudego dziewięciomiesięcznego kocurka i jego Pani.
Rudasek chcarakteryzuje się zmiennym humorem, odrastającymi natychmiast po obcięciu bardzo ostrymi pazurkami oraz takoż ostrym pelnym uzębieniem. Jego głód jest nieposkromiony, więc o każdej porze wdzięcznie towarzyszy w każdym posiłku. Towarzyszy także we wszystkich innych czynnościach domowych, czasem skutecznie niwelując wysiłki ludzi w doprowadzeniu mieszkania do stanu używalności.
Jego Pani vel posługaczka jest nierozłącznym towarzyszem, nie ma mowy o rozwiązaniu tego związku.
To dziestoparoletnia całkiem, całkiem szatynka wspaniale gotująca - zwłaszcza mięska, potrafi także piec, nawet drożdżowe śląskie placki, serniki i szarlotki. Posiadająca także talenty artystyczne, kochająca wszelkie futrzaste.
Dotychczasowy najemca grozi eksmitacją z powodu licznych ran cielesnych zadanych mu przez bestię i zniszczonego majątku własnego.

piątek, 17 czerwca 2011

Kradzież

Przyniosłam wczoraj do domu 1,5 kg piersi z kurczaka. Część miała być na obiad więc po rozpakowaniu nie trafiły od razu do lodówy.
Oczywiście, że kot się zainteresował. Ale byłam przekonana, że potrójna warstwa wora chwilowo ochroni mięsko przed drapieżnikiem.
Rudi po rytuale miziania się do mięska zaatakował broniące je przed zjedzeniem worki.
Po dwóch nieudanych próbach wziął wór w zęby i chodu z nim pod kanapę.
Rudi waży 3 kg.
Ile może unieść jeśli uniósł zębami 1,5 kg????

Zdjęcie nie zostało wykonane z oczywistego powodu :).

piątek, 10 czerwca 2011

Candy u Willow

 

Off topic, ale nie całkiem :)

Od wczoraj mam jedną z tych przepięknych toreb, sami zobaczcie :).
Jak tylko ją zobaczyłam to chciałam mieć, koniecznie tą z chodzącym kotkiem i taką mam!
Jest śliczna, taki Rudi słodki i zawsze przy mnie :).
Miałam okazję poznać autorkę Ewung, która jest dokładnie taka jak jej prace:), słoneczna, sympatyczna i serdeczna.
Strasznie się cieszę, że ją poznałam osobiście:))).
Wszystkim, zwłaszcza kociarzom polecam jej stronkę, chociażby do pooglądania, serce się cieszy jak ogląda się takie piękne rzeczy :).

Żeby nie było zupełnie nie na temat to Rudi czuje się dobrze, przynajmniej wygląda cudownie jak zwykle, chociaż wczorajsze wyjście do weta pozostawiło na mnie wiele tatuaży drapanych, jak on cierpi to ja też :).
Dzisiaj wieczorem rozpoczynamy drugi cykl podawania tabletek, wynegocjowałam inne ale dwa razy dziennie ;(, jak te odrzuci to już na pewno będzie codziennia walka z wyjściem na zastrzyk.

wtorek, 7 czerwca 2011

Po badaniu

Nabiał ocalony...
Do czasu wyleczenia.
Dziś wreszcie udało się nabrać "materiał" do badań.
Pan Doktor powiedział, że to nie kryształy i nie struvity - odetchnęłam z ulgą uff.. - ale młody sobie przeziębił conieco z okazji upałów, klimy i leżenia plackiem na kaflach.
Tak czułam, że to przez klimę, bez niej na poddaszu nie da się wytrzymać niestety.
Dwa tygodnie antybiotyku, Rudi dostał dziś akonto dwa zastrzyki, mam nadzieję, że uda mi się mu podawać tabletki, bo jak nie to klucie codzienne przez dwa tygodnie....
Pierwszy raz dziś zasyczał na mnie, przy drugim zastrzyku, już myślałam, że mnie capnie.
Ale odwracanie uwagi kota przez stukanie paluszkiem po czółku działa niezawodnie.
Po raz kolejny cieszę się, że mam tak dobrego weta blok obok.
Będzie dobrze :).

piątek, 3 czerwca 2011

Rozterki

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa........ Ratuuuuunku!!!
Naprawdę nie wiem.
 Podjęłam decyzję przecież.
Umówiłam się dziś na 17tą na zabieg i co?
Od wczoraj się ciągle zastanawiam czy dobrze robię.
Może to jeszcze nie pora?
Ale ma już 8 m-cy.
Pół nocy nie spałam i myślałam.

Po prostu nie chcę mu zrobić krzywdy.
Nie chodzi o samo usunięcie klejnocików.
Ostatnio u weta spotkałam dziewczynę ze swoim ślicznym kocurkiem. Dwa miesiące po zabiegu zdiagnozowano mu kryształy w moczu.
W dodatku czytałam o takich przypadkach, że po kastracji kocurki zaczynały chorować urologicznie.
A ja nie chcę żeby cierpiał.

Rudi nie wychodzi, więc nie mam wizji że będzie latał za kotkami.
Z jego polowaniami na mnie nauczyłam sobie radzić, czasem przy pomocy Lubego :), ale jednak.
Póki co znaczenia terenu brak - no na to być może jeszcze czas.
No i jakoś po tych przemyśleniach naprawdę nie mam ochoty go prowadzić na zabieg....
Nie wiem co mam zrobić..........

czwartek, 26 maja 2011

Osobisty asystent

Ulubionym miejscem Rudiego - oczywiście po miejscu przy nogach Pani - jest parapet. Jedyny dostępny jest w pokoju, za to widok z niego jest na całe mieszkanie w tym kuchnię.
Jak pluszak do mnie trafił, był chory bardzo, ale mimo tego jadł ogromne ilości kurczaka, na suchą karmę wtedy w ogóle nie zwracał uwagi.
Kilogramowy maluch potrafił zjeść w ciągu dnia pierś z kurczaka popijając rosołkiem, i wciąż być głodnym.
Przy każdej mojej wizycie w kuchni kotecek materializował się zaraz przy mnie łasząc się i mrucząc niezmiennie.
Gotowałam więc dla niego wciąż kurczaczki, a on pouczony, że to dla niego, pilnował cierpliwie obiadku.


Teraz, jak wydobrzał, nie mogę się go pozbyć z blatu kuchennego.
Asystuje mi przy każdym posiłku, wsadza łapki i głowkę pod kran jak myję naczynia, w umywalce się układa zawsze w momencie kiedy zaczynam myć zęby.
Dziś usiłowałam upiec muffinki z czekoladą. Efektem jest całą kuchnia w mące bo kotecek zachowywał się jakby kocimiętki się nawąchał. Łasił się, ocierał o wszystko, nie mogłam się go pozbyć bo natychmiast po postawieniu na podłodze wskakiwał na blat.
Ciasto przeszło test śpiewająco, Rudi po spróbowani kropelki którą mu dałam oblizywał się następne 5 minut.
Babeczki wyszły bosko.
Swoją drogą czy ktoś widział kotka, który rzuca się na pęczek szczypiorku próbując cały naraz połknąć???

wtorek, 17 maja 2011

Pragnienie

Z piciem u kotów bywa różnie. Niektóre piją z miseczki, inne z fontanny, z kranu, niektóre tylko z miejsc trudniej dostępnych niż pospolita miseczka o której czystość dba Pani.
Moj pierwszy Przekot nie przepadał za miseczką odfiltrowanej w Bricie wody. Martwiłam się przez dłuższy czas, że wody nie ubywa wcale.
Przypadkowo Luby zauważył kiedyś, że kotek pije, nawet sporo całkiem, ale z mojej szklanki wodę odstawianą przy czajniku. Jestem herbatoholikiem, co chwilę parzę herbatę, kotek sobie zapamiętał, że najwyraźniej dobre musi być skoro Pani tak lata w te i z powrotem - więc też tam pił - to teoria Lubego.

Rudi do wody ma stosunek przedziwny -oczywiście jak na to kota całkiem normalny :).
Sama woda w miseczce obok jedzenia? nudy..............
Świetna jest za to woda z gara zalanego przed myciem. Zawartość przed zalaniem dowolna.
Woda jest głównie do zabawy. Bardzo interesująco woda się przelewa i leje.
Woda leje się w kuchni.. kotek przybiega merdać w niej łapką, wsadzać główkę pod kran - bo ciekawe skąd ona się tam taka bierze??? Nalewam wodę do Brity, kotek biegnie bo woda w Bricie zabawnie gulgocze i nie można do środka noska wsadzić.
Któregoś wieczora zalałam garnek wodą i padłam nieżywa. Powinna mnie zdziwić oczywiście zaległa w domu cisza, ale ja zmeczona byłam, zmysły ogłuszone próbowały dojść do siebie.
Po jakiejś chwili Luby próbując wejść do kuchni pośliznął się. Podejrzenie rozlania wody po dosłownie całej kuchni padło na mnie oczywiście. Bo jak kotek mógły taką małą objętością tego dokonać?
Ano, mógł. Doszłam do tego po godzinie, bo Rudiemu dobra zabawa się spodobała i wskoczył ponownie do zlewu.
Siedząc sobie na brzegu blatu przy zlewie maczał prawą łapkę w garze, po czym strząsał wysoko bo coś mu na łapce siedziało. Rorzut przy tym miał słuszny :)))
Ooo.. A teraz robi coś słodkiego. Macza łapkę w miseczce z wodą, przygląda się jej a następnie zlizuje łapkę bardzo dokładnie:)))))))).
Czyli jak pić, żeby się nie napić..

poniedziałek, 16 maja 2011

Wojna domowa

Pewnego dnia musiałam wyjechać na dwa dni. Różnych rzeczy mogłam się spodziewać po stęsknionym pluszaku, ale nie to co nastąpiło.

Zgodnie z relacją Lubego Rudi wieczór spędził szwędając się przy drzwiach wejściowych, czyli że tęsknił za mną choć trochę przez chwilę?

Gdy wróciłam przywitał mnie dość ozięble, szczędząc mi  mruczanda i nadstawiania łebka do głaskania.
Za to od tego dnia zaczęły się łowy.
Na mnie...
W skrócie wygląda to tak.
Przychodzę do domu schetana zarabianiem, robię obiad dla moich samców, podaję, i próbuję się odprężyć przeglądając moje ulubione blogi.
Mój koteczek w tym czasie dostaje nagłego ataku ekspresji, biega po domu. W pewnym momencie nastaje cisza, widać tylko jak pluszak przyjmuje sylwetkę łowcy - uszy po sobie, ciałko przy ziemi, oczy jak 5 złoty - i skrada się tak, że widać tylko owe pięciozłotówki z uszami.
A potem atak z któregoś boku na moje ramię, zęby zaciska z całej siły przywierając ciałem i łapkami do obiektu aktaku, nie dając się z niego łatwo odciągnąć. Odciąganie powoduje rany na mojej biednej, delikatnej z natury skórze.
Wyglądam jak ofiara gęstych i starych, krwiożerczych gąszczy krzaków jeżyn, w które ktoś wrzucił mnie z impetem, i z których za nic nie mogłam się wydostać.
Ataki ustępują jak Luby mnie obroni.
Tyle, że po kilku takich akcjach Rudi zaczął wybierać sobie czas ataku w momencie kiedy Luby ginie na dłuższy czas.
Odganianie, syczenie, dmuchanie w nos nie zniechęcają krwiożerczego potwora.
Zdesperowana zatopiłam nawet zęby, w momencie takiego ataku, w jego kark.
To go zastanowiło, poluzował na chwilę uścisk szczęki, ale po chwili ponowił atak.
I niby co ja mam zrobić?
Pracuję w biurze, lato jest, wyglądam masakrycznie, ludzi straszę, bo nie potrafię sobie poradzić z 3kg przesłodką maskotką?
Decyzja o pozbyciu się jego klejnocików nabrała rumieńców.....

środa, 4 maja 2011

Podmiana kotka..

Kacperek zmienił imię na Rudiego. Niestety, miziastość kotka mimo, że podobała mi się niezmiernie, mógł na przemian być miziany i karmiony kurczakiem dobę całą - to jednak wzbudziła we mnie nieufność.
Do tego biegunka, bardzo mocno widoczna trzecia powieka. No i nie mył się. Był cały brudny, pozlepiana sierść, niemiło pachnąca. Od razu zabrałam go do weta. Maluch miał ponad 41 stopni, lekarz zrobił mu przegląd techniczny, od razu podał dwa zastrzyki i tak się zaczęło dwu miesięczne leczenie. Wpierw dwa tygodnie codziennych zastrzyków, potem witaminy, dietka lekkostrawna. A on ciągle był osłabiony. Jadł masakrycznie dużo, wciąż był nienasycony, co dostał w misce to wylizywał. Nie mówiąc o tym, że nie mogliśmy się zbliżyć do lodówki bo on musiał zaraz dostać także :). Cyklicznie lądowałam co kilka dni u weta bo się bałam, że jednak jest chory. Po trzech tygodniach zaczął się nieśmiało myć. Wreszcie...
Nadal zabawkami nie bardzo się interesował. Albo spał, albo leżał, albo mruczał miziany.
Nie chciał spać w łóżku, czego zrozumieć nie mogłam, w łóżku z nami ciepło, za oknem ostra zima, a on wolał spanie na parapecie.
Przez pierwszy miesiąc martwiłam się bardzo dodatkowo, bo po tygodniu zapoznawczym na który to wzięłam urlop trzeba było wracać do pracy. Codziennie jak wracałąm okazywało się że Kotek siedzi zbunkrowany pod tapczanem. I wszystkie ślady na niebie i w miseczce wskazywały na to, że spędzał tam 10h, miseczka pełna, kuwetka nieodwiedzona 
Minęło z półtorej miesiąca, Rudi miał się lepiej, ale dalej mi coś nie grało. Po długim poszukiwaniu w necie wyszło mi, że robaczki go dobijają. Po podwójnym odrobaczeniu okazało się że to było to.

I zaczęła się jazda :)))))))))))))))).
Jak siedzi pod tapczanem to zazwyczaj się czai, wychodzi nam na powitanie, czeka prawie na drzwiach
Zmiany koloru. Z zaniedbanego rudaska przobraził się w beżowo rudego kocurka.
Karmienie zrobiło swoje, z kilograma po półtorej miesiącu ważył już trzy. No i ze spokojnego miziaczka nie zostało zbyt wiele. Spokojne kotki raczej nie biegają po ścianach prawda? Dosłownie:). Zabawki poszły w ruch, wszystko jest zabawką. Zniszczone moje wieloletnie pięlegnowane roślinki, zniszczona narzuta i kolejna także, rysy pazurów na nowym telewizorze (prawie, prawie... wylecielibyśmy za ten czyn z mieszkania, gniew Lubego wielki jest :). No i ja cała w tatuażu krwawym, bo bawić się zabawką? Można, ale tylko jeśli bierze w tym procederze noga Pańci, ramię pogryźć też można, a co...
Właśnie jesteśmy na etapie ustawiania hierarchii. Ustalił już sobie z Lubym siłowo, że to Luby jest samcem alfa. Ze mną trwają pertraktacje gryzieniowo-pazurowe. Sytuacja jest patowa i jest niedobrze.
Uprzedziłam go już głośno, żeby pożegnał się z klejnocikami.
Na razie chyba to do niego nie dociera.
Dziś przyszła paczka z nową, olbrzymią kuwetą zamykaną i nowymi zabaweczkami.

Jak już poskładałam kuwetę to wyjść z niej nie chciał, wędka mu się spodobała bardzo, ale niestety już się piórka rozypały, muszę ją naprawić. A laser przyjął jak na razie dość chłodno, może mu się zmieni.
Właśnie usnął na fotelu lubego, chyba dzień był wyczerpujący :).

Jest...

Bardzo tęskniłam za Ragim. Trafiłam na blogi o kotach, blogi wspaniałych osób prowadzących Domy Tymczasowe, dużo czytałam o kotach. Męczyłam Lubego żebyśmy sobie wzięli kotka. On cały czas mówił w czasie przyszłym, a ja chciałam już i zaraz i natychmiast. Pokazywałam mu kolejne kotki na zdjęciach TOZu, on jedynie kwitował, że "dziwnie ten kot wygląda", "za stary", a jak nie miał argumentów to po prostu nie reagował jak próbowałam umówić nas na wizytę w DT.
Zmolestowałam go na początku lutego. Miał już serdecznie dość najwyraźniej ciągłego nagabywania i dla świętego spokoju raz wyraził zgodę na przygarnięcie, choć z wielką niechęcią.
Ale się zgodził i postanowiłam się tego trzymać.
Miałam na oku rudego kotka, w DT u Budryska (myślałam że to facet, a okazał się on szczupłą, sympatyczną brunetką :)). Co prawda DT był oddalony o 280 km, ale szczęśliwym trafem okazało się, że Pani Agnieszka ma drugi dom właśnie we Wrocławiu i cyklicznie tu przyjeżdża.

Umówiłam się na wizytę Kacperka z Panią Agnieszką u mnie, po wypytaniu czy kotek nie zdradza objawów choroby i czy jest miziasty. Dowiedziałam się, że miziasty jest bardzo, spokojny i pożeracz kurczków. Dzień przed umówioną wizytą poleciałam po kuwetkę, piersi z kurczaczka, jedzonko, miseczki, zabawki.
To miała być tylko wizyta :))))))))))))))))))). Pani Agnieszka wniosła Kacperka, postawiła, a on bez skrępowania zaczął zwiedzać mieszkanie. Zaznaczył kuwetkę swoją obecnością, nie wykazał zainteresowania zabawkami - o dziwo! dla mnie wtedy bo miał około trzech miesięcy. Po czym dał się wziąść na ręce i miziać!!!! Mnie, osobie dla niego obcej!
Po podpisaniu umowy adopcyjnej  Pani Agnieszka pożegnała się z kitkiem, odjechała.
I tak został Mój....

piątek, 29 kwietnia 2011

Było..

Moi zapracowani rodzice nie pozwalali mi na większe zwierzaki domowe. Jak byłam nastolatką miałam papugi, hodowałam chomiki, przez osiem lat miałam królika kupionego jako miniaturkę, który wyrósł na cudownego ogromnego króla :). Pieski charakter znałam, ale kotów nikt znajomy nie miał. Więc przez lata  przyswajałam niezauważalnie bzdurne opowieści o kotach atakujących śpiące dzieci i takie tam. Gdy już byłam dorosła i wprowadziłam się do swojej pierwszej kawalerki nie myślałam o zwierzakach, pracowałam po kilkanaście godzin, czasem nawet wiecej. Mieszkałam sama więc nie było sensu zwierzaka męczyć zostawianiem samemu sobie. Po kilku latach problemem w przygarnięciu zwierzaka okazało się to, że nie byłam już sama. Mój men cały czas udawadniał mi, że to nie czas, że za małe mieszkanie, że nas w domu całymi dniami nie ma...
A mi brakowało czegoś.
Przełom nastąpił przypadkiem.
Zeszłego gorącego lata znajoma posiadająca dom z ogrodem poprosiła o znalezienie małego kocurka. Wielokrotnie widywałam kotki w klatkach w sklepach zoloogicznych, wystawiane przez TOZ po znalezieniu na ulicy, więc obiecałam, że się rozejrzę. 
I właśnie tak znalazłam swojego pierwszego maluszka. Siedział w klatce z zaropiałymi oczkami, malutki szaraczek i był tak słodki, że od razu wiedziałam, że to Jego zabiorę. Po trzech dniach kiedy przyjechała znajoma żeby odebrać "swojego" kotka zobaczyła tylko mojego Kotka :).
Ragi miał wtedy tylko miesiąc, był cudownym niestety niemiziastym kotkiem, z gatunku kotów odgadujących myśli. Przez pierwszy miesiąc przez całę noce harcował nam po głowach. Budziliśmy się w łóżku z przeróżnymi zabawkami, piłeczkami, wędkami, Ragi wszystko znosił żeby nas obudzić i zainteresować zabawą. Po miesiącu musiałam wyjechać na dwa dni. Wróciłam lekko podziębiona i wylądowałam w łózku na kilka dni. Ten dwumiesięczny wtedy maluch zrozumiał, że jest mi źle, leżał obok mnie, skakanie po głowach skończyło się jak nożem uciął. Od tego czasu codziennie wieczorem, jak tylko kładłam się do łóżka Ragi przerywał zabawę i przychodził do mnie pomruczeć mi do snu, noc spędzał przy mnie na łóżku.
Pewnej nocy obudziłam się, bo było mi jakoś niewygodnie. Gdy oprzytomniałam trochę, okazało się, że leżę wygięta dziwnie poza poduszką, a Ragi cudownie rozłożony na calutkiej poduszce patrzy na mnie z politowaniem :).
Był bardzo mądry i bardzo chory - czego na szczęście nie wiedzieliśmy. Na szczęście, bo FIP jest nieuleczalny. Życie ze świadomością, że w żaden sposób nie mogę pomóc tej małej mądrej istotce było nie do zniesienia. Przeżył z nami szczęśliwie 4 miesiące. W trzy tygodnie po zdiagnozowaniu 21 listopada Ragi odszedł za Tęczowy Most.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Zazdrość....

Wczorajszy duszny, wiosenny wieczór.
Leżę rozłożona bólem głowy na kanapie. Luby podchodzi i demonstracyjnie uwala się na mojej klacie ciężką makówką i przytula.
Rudi natychmiast zeskakuje z parapetu, wskakuje na łóżko. Marudzi pod nosem chrapliwym półmiałkiem. Z wielkimi oczami wpatrzonymi jakoby w sufit pakuje się w jedyne wolne od Lubego miejsce na mnie czyli uda, starając się jednocześnie zająć jak najwięcej powierzchni. Chwilę leży w tej pozycji, nadal nie zauważając jakoby Lubego, siada z trudem utrzymując rónowagę opierając się z całej siły bokiem o Lubego - zupełniej jakby wyobrażał sobie, że jego masa 3 kg wygra z masą trzydziestokrotnie większą :)))).