poniedziałek, 29 grudnia 2014

Krwawy prezent..



Niestety przez brak normalnego sprzętu nie mogę działać na blogerze.
Proste rzeczy jak edycja posta czy udostępnienie filmiku z youtube na Adroidzie czy ipadzie - jedynym dostępnych mi systemach - jest awykonalne.

Więc czynię szybki wpis na porwanym laptopie.

Zocha przynosi mi od czasu wypuszczenia prezenty.
Ryjówki, myszki, nornice.
Przynosi pod dom, i krzyczy do mnie żebym wyszła i zabrała.
Czasem jeśli nie wyjdę, zjada zdobycz, czasem zostawia, tym razem zjadła :)
Ale wcześniej z 15 minut "oswajała" pól myszki..

sobota, 11 października 2014

poniedziałek, 6 października 2014

Zocha..

Przez osiem ostatnich dni w domu Zocha miała otwarta klatkę.
Korzystała z wyjścia tylko po to żeby się bardziej schować w kąt, żeby jeszcze mniej ją było widać.
Przerażona nawet na odgłos kroków mojego mena.
Nie pomagało moje siedzenie z nią, gładki owszem, przyjmowała z mruczeniem, ale nic więcej.

Wszystko przez tę okropna wizytę u wetek..

Wczoraj zapakowalismy kotkę do transportera i wypuściłam na zewnątrz.
Przez cały dzień się nie pokazywała.
Dopiero jak się ściemniało i juz straciłam nadzieje, wyskoczyła z zarośli na widok mojego mena przy samochodzie.

Jest inaczej.
Jak wcześniej przychodzi na jedzenie i mizianki, ale zaczęła się drzeć.
Drze się jęcząco, jakby się żaliła.
I szukała czegoś?

Jest to bardzo dziwne, nie mogę jej zrozumieć, nie wiem o co kaman???

Tym bardziej, że po zmroku ona nigdy z siebie dźwięku nie wydała.
A teraz na cały regulator?
Ktoś taki przypadek miał???

poniedziałek, 29 września 2014

Wszystko nie tak.. Prawie..

W ubiegłą środę rano zastałam zadowolona Zoche bez kubraczka.
Leżał obok niej, nierozwiązany.
Cały czas w kloszu radośnie się wylizywala.
Przeraziłam się, ublagalam mojego mena na urlopie żeby jechał z nią sam do weta, żeby wet zobaczył rany i założył większy klosz, juz bez ubranka bo widziałam, że sensu nie ma, kota w klatce czystej, na podkładach higienicznych z brakiem możliwości skakania.
Sama musiałam jechać do pracy na cały dzień..

To był potworny błąd.
Zadzwoniłam do weta, nie było mojego, ale umówiłam się na wizytę z nim i z drugim wetem pomocniczym, bo kotka jest dzika.
Mój men spartolił , zawsze mogę liczyć że spartoli sprawę na której mi zależy a muszę mu powierzyć.

Mój wet miał być w tym gabinecie tylko chwile, siedzi tam w ciagu dnia młoda lekarka i towarzyszy jej czasem praktykantka.
Umawiałam telefonicznie wizytę z lekarką, ale wizytę z moim wetem a do pomocy lekarka.
Mówiłam o tym menowi, wiedział o tym, ale nie zareagowal siedząc w poczekalni, że wet opuszcza gabinet i zostawia dwie baby, które do czyniańia z kotami dzikimi nie mają.
Lekarka postanowiła najwyraźniej na Zosi się pouczyć, obie z praktykantka w rękawicach zabrały się do badania, co przy ogromnym przerażeniu Zochy skończyło się tym, że mój men trzymał szamocącą się Zoche, a baby ogladaly ja w rękawicach na zwierza z daleka.
Wciąż mnie trzęsie jak tylko o tym pomyśle, bo men zadzwonił do mnie oczywiście po tym horrorze, gdyby zadzwonił ze nie ma mojego weta to wyslałabym go do domu..

A tak kota znowu siedzi skulona w rogu kontenerka, bo przeraża ja sama obecność mena a siedzi z nim w pokoju..

To portret królowej, pięknie zapozowała bo mena w pokoju nie było..


Ożywia się tylko jak wstaje do niej o piątej, men wtedy śpi.
Cała moja miesięczna praca żeby oswoić mena z Zocha poszła w diabły, nie ma możliwości żeby zgodził sie udomowic Zoche, a z drugiej strony Zocha się go panicznie teraz boi...
Przez głupia babę, która chciała się wykazać..

Niw wiadomo co zrobić z Pizdryczkiem, chłopak ma laktację i nic nie pomaga.
Jeździmy, jeździmy i nic..

Z pozytywów, wczoraj zdjęłam Zosi kołnierz, po miesiącu wymyla się sama z radoscia.
Czekam z utęsknieniem na sobotę kiedy wypuszczę kotę na wolność..
Mam nadzieję, że bedzie do mnie przychodzić na jedzonko..
Źle mi, potrzebuje mnóstwo okładów z kota..

wtorek, 23 września 2014

Strajk..

Zocha od piątku niewiele je i pije, ale dziś zastrajkowała zupełnie.
Rano jak przyszłam do pokoju i otworzyłam klatkę zaprosiłam na śniadanko mięseczkiem kota mięsko powąchała i wyszła z klatki krokiem kota robota mechanicznego poszła na drugi koniec pokoju i zamelinowana się w budce.
Mój men twierdzi, że cały dzień się z niej nie ruszyła.
Jak wróciłam chwile temu do domu, zaniosłam jej świeże mięsko stwierdziła, że nie obdarzy mnie zaszczytami jak zwykle i nie wyjdzie do mnie i nie zje mięska.
O..

Godzina 22:00
Zdecydowaliśmy z menem wyrwać kocie z budki, nie mogłam jej nawet nakarmić przez strzykawkę.
Wróciła za nasza pomocą do klatki, oczka przemyłam, mleczka dla kociąt przez strzykawkę zaaplikowalam.
Nie spodziewałam się takich kłopotów, siedzi u nas czwarty tydzień prawie i tak focha odstawia, że by się odwodnila.

piątek, 19 września 2014

Akrobatyka z dziczy..

Tak, już po.
Wet tak się przygotował po usłyszeniu historii z demolka przy poprzednim uśpieniu, że całość trwała dłużej niż zwykle.
Trzy godziny czekaliśmy na Zoche.
Okazało się, że wytargała sobie część szwu z rany i trzeba zaszyć jeszcze raz. Ale sterylka była.
Podobno czas był już najwyższy ku temu.
Przy okazji kota miała oczyszczone uszka i zakroplone, oczko okazało się zapaleniem spojówki, będę zakraplac.
Teraz Zocha śpi, ma jeszcze gorzej niż wcześniej bo i kołnierz i kubraczek.
Teraz mnie pewnie nienawidzi.
Jak ja nie lubię sterylek....

Serdeczne podziękowania za kciuki :)

środa, 17 września 2014

Stres..

Oj, nie ma nudy w dzikiej dziczy.
Zosi oczko wciąż oczyszczam, zaropiałe, nie pojechaliśmy na sterylkę, planowana jest na piątek, trzymajcie kciuki proszę.

W piątek wyczułam u Pizdrysia na brzuszku gulki.
Cztery duże, miękkie gulki w różnych miejscach brzuszka.
W niedzielę już były większe.
Nie mogłam się dodzwonić do weta, który Młodego leczy, dopiero wczoraj się udało i zaraz pojechaliśmy.
Spanikowała byłam już bardzo, z sercem na ramieniu spakowałam syczącego Młodego do samochodu i pojechaliśmy.

Pizdryczek od małego jest chory na plazmocytarne zapalenie dziąseł. Choroba immunologiczna, nieuleczalna, jak twierdzą lekarze zawsze się kończy usuwaniem ząbków.
Na początku roku lekarze wydali taki wyrok, ja nie chcąc pogodzić się z usuwaniem ząbków temu małemu słodziakowi zaczęłam szukać alternatywy.
Mój wet, nieoceniony przy podnoszeniu przez rok na nogi Rudiego na szczęście słucha klienta i zastosował leczenie zaproponowane przeze mnie hormonami.
Po dwóch miesiącach stan dziąsełek jest tak dobry jakiego nie było od początku, ale..
Okazało się na wizycie, ze Młody zaczął przechodzić metamorfozę na dziewczynkę..
Wet mówi, ze Pizdryczek jest dość unikalnym kotem - nic a nic sie sprzeczać nie będę, każdy kot jest unikalny :) - i że po kastracji i odstawieniu hormonów zareagował powiększeniem 4 cycuszków..

Jednym słowem, kamień z serca, teraz jeździmy na zastrzyki przeciwzapalne.
Młody cały czas czuje się świetnie, poza tymi cycuszkami które mnie tak przeraziły, nic mu nie jest.
Odżył, bo zapalenie dziąseł odbierało mu chęci wszelkie, zaczął się regularnie już myć, zaczepia Rudego, śpi mi w ramionach.

Zosia z kolei codziennie przy porannym karmieniu po otwarciu klatki zwiedza pokój. Obwąchuje wszystkie kąty i wraca do posprzątanej klatki na mięseczko i mleczko.
Przy mnie się nie krępuje wyjść, po południu jak mój men jest w pokoju już nie chce.

Szybka relacja bez zdjęć znowu :)
Pozdrawiam cieplutko dziękując, że do mnie zaglądacie i wspieracie kochane Kobiety! :)

wtorek, 9 września 2014

Dzień 11 odpukać w niemalowane..


Lubię piec, gotować, ale tylko wtedy kiedy mam chęć.
Wtedy mnie ta czynność odpręża.
Dziś miałam chęć żeby upiec moje ulubione mufinki wg przepisu Nigelli. Upiekłam ich 27, jakaś potworna ilość.
W całym domu pachnie nie do wytrzymania, nie wiem czy usnę :).
Kiedyś, jak jeszcze nie byłam na bezglutenowej diecie pożerałam większość, teraz tylko robię i wdycham ten cudowny zapach.
Bezglutenowe tak nie pachną.. I tak nie smakują..

Zosia jest megagiga grzeczna.
Oczko zaropiałe katastrofalnie na brązowo, nie robi jej dobrze przerwa w oczyszczaniu od rana do wieczora kiedy jestem w pracy, doprowadzenie do porządku tego bałaganu na oczku trwa długo, a ona to znosi cierpliwie.
No.. Prawie :)

Jak sprzątam jej w klatce siada w kątku, choć jej nawet nie przeganiam, sama z siebie.
Albo idzie do kontenerka.
Nie pcha się na zewnątrz klatki, co mnie dziwi ogromnie.
Widzę, że wyluzowała, je, ale ilości dostosowane do jej sytuacji, w sam raz wręcz.

Zaczęła tęsknie patrzeć na mnie jak zamykam klatkę..
Patrzy na mnie w stylu "no co Ty? i tak mnie samą zostawiasz?"
Wczoraj w nocy tu była ulewa. Obudziłam się i pomyślałam, że wiem gdzie jest Zocha, wiem że nie moknie i jest bezpieczna.
Ech, ta kocia wolność - moje utrapienie, chciałabym żeby wszystko było poukładane, a tak nie jest, życie..

niedziela, 7 września 2014

Dzień 9 - znów niedziela



Dziś Zocha w takiej sennej odsłonie, leżing i mizianko.
Apetyt dziś nie za duży, widać nosek zaatakowany chorobą i prawe oczko, które cały czas trzeba wycierać i nacierać antybiotykiem.

Chłopaki cały dzień naciskają na wyjście na ogród, muszę ich pilnować więc wychodzić z nimi a taka pogoda, że odmówić trudno.

Przemyciłam moje ukochane fuksje, nie wszystkie rodzaje, tylko te na tylnej werandzie.

Na koniec bardzo prywatne zdjęcie :)

Alison, dla Ciebie zdjecie klatki.
Jest dość duża, no nie można się rozpędzić, ale nie jest źle :)

sobota, 6 września 2014

Dzień 8 = koci katar

Wstałam o szóstej żeby nakarmić kociaki i zobaczyć co u Zosi.
No i zobaczyłam..

Oczko tak zaropiałe, że aż zaklejone, nosek przyczerniony.
Już przerabiałyśmy to z Zochą dwa razy w zeszłym roku, wcześniej nie wiedziałam co to. Co prawda leczenie trwało długo, ale z sukcesem - ona za nic nie chciała do domu wejść, więc mogłam jedynie ją dobrze karmić i podawać tabletki w karmie.

Ale teraz?
Dopiero po zabiegu, na czternastodniowym antybiotyku osłonie koci katar??
Jeden koteczek i tyle na raz..

Coś za coś, Zocha z powrotem jest miziasta, siedzę sobie przy otwartej klatce i miziam.. i miziam kociołka..
A moje dwa pod drzwiami śpiewają serenady..
Bo jak to drzwi przed nimi zamknięte?? A ja za drzwiami?? Co ja tam robię??

Nie no, czują Zochę.. I czują że jest chora.. To widać.

Rudi i Pizdryczek byli szczepieni przeciw kk pod koniec zeszłego roku, ale wzięłam ich do weta na odnowienie.
Potwierdził, że jest bardzo prawdopodobne, że przy zdjęciu szwów zrobi kastrację (czemu oni zawsze poprawiają mnie, że sterylkę, jak ja kastrację chcę?), ale to jak Zochę będzie miał na stole to zdecyduje.
Nalegałam na dodatkowy antybiotyk na koci katar, choć on stwierdził, że zasadniczo ten co dostała w niedzielę przy szyciu powinien wystarczyć.

Jak?? Przecież ledwie 6 dni po szyciu ona ma koci katar?
Ale dostałam tabletki i będę podawać.
Zocha przez chwilę miała nawet apetyt, ale już jej przeszło. Za dużo na tę małą babeczkę..

piątek, 5 września 2014

Dzień 7 - czy to normalne?

Dziś rano po wstaniu odwiedziłam Zochę.
Jest w jedynym pokoju osobnym, zamykanym i w klatce.
Zastałam niezły kipisz.
Była w kuwetce i próbowała zakopać nr 2. Nr 1 był ogromny :).
Cała klatka i pokój wypełnione były żwirkiem.
Próbowałam ogarnąć to zamieszanie przed pracą, jakoś ciężko mi szło i szło..
Na koniec leżąca w kontenerku Kota zaczęła traktorzyć.
Ona ma traktorek cudowny.. Taki głęboki.. Podziękowanie za wołowinkę jak myślę..
Ale..

No właśnie. Ale - dotyczy śladów różowych na podkładzie, z rany zapewnie.
Tylko czy piątego dnia po zszyciu to normalne??
Sporo tych śladów..

środa, 3 września 2014

Dzień piąty.. Bo z kotem trzeba gadać..

Wczoraj padłam..
Rano, przed pracą usiłowałam zachęcić Zochę do jedzenia.
Ciepłe mleczko dla kociąt, rosołek z kurczakiem, ulubione chrupki.
Nic, leżała w tej samej pozycji od niedzieli, wciśnięta w kontenerek.
Ani jeść, ani pić, ani się ruszyć.
Kuwetka też nie używana.

Wieczorem, jak wróciłam z pracy, wywaliłam jedzenie z rana, podgrzałam mleko dla kociąt coby pachniało i ruszyłam do Zosi.
Wcześniej Luby zdjął górną część kontenerka żeby był do koty dostęp.
Na klęczkach :) zaczęłam rozmawiać do Zochy, tak jak co dzień na dworze. Mała, trzęsąca się bida z nędzą w kołnierzu, wydawało się cały czas że mnie nie poznaje.
Po chwili zaczęłam jej to mleko podawać strzykawką cały czas gadając.
Początkowo nie chciała się nawet oblizać, mleko spływało po kołnierzu na podkład, ale w końcu liznęła.
Raz, drugi, trzeci..
Wpakowałam jej pół strzykawki mleka i tak po godzinie tych pogaduszek przy mleczku Zośce błysnęło w oku, zmieniła dwudniową pozycję na inną..
Potem próbowałam jeszcze podać jej mleka, ale już współpracy nie było, więc zostawiłam jej w miseczce.

Wyobraźcie sobie moją radość dziś rano jak po raz pierwszy od trzech dni zobaczyłam pustą miseczkę po mleku i kilka chrupek mniej!
Radość!!

Cały czas w transporterku, ale już wstaje - jak nikogo nie ma w pokoju - teraz po powrocie z pracy znów kilka chrupek mniej i wychłeptane mleczko.
Cztery łapki były w kuwetce, ale jednak nic nie zostawiły niestety..
Ale progres jest, wreszcie..

Przyniosłam jej świeżej wołowinki, zostawiłam i za chwilę pójdę zobaczyć czy się skusiła.
Jedz maleńka, jedz!

P.S. Wołowinka smakowała!

poniedziałek, 1 września 2014

Wieści z frontu - szpitalnego..

Ktoś by mógł pomyśleć, że jak już dojrzałam ranę, złapałam kotka, kotek poskładany...
Leży w ciepłym domku gdzie mu wołowinki i kurczaczka nie braknie...
Tylko, e koteczek nic a nic nie chce..
Ale to nic a nic się nie poruszył od 27 godzin..
Masakra jakaś..
Ugotowałam kurczaczkowe piersiątka, podałam rosołek z mięskiem, ulubione chrupeczki..
I nic..
Kocia wciśnięta w transporter..
Nie je, nie pije, nie wydala..
A ja się denerwuję..
Bo rozcięła sobie dużo.. I poskładanej trzeba dostarczyć różnych pysznych które ma..
Tylko nie je..
Się zaraz rozpłaczę...
Jutro już wolnego nie dostanę..
Zosieńko, obudź się z tego letargu!!!!!!!!!!!!!!

niedziela, 31 sierpnia 2014

Straszne rzeczy 2 - dobre wieści

Wykończą mnie te koty kiedyś.
Wczorajszą dzień mnie rozstroił nerwowo, noc spędziłam co chwilę z latarką - na polu ciemno jak ... - sprawdzając przed drzwiami łapkę, rano też i w końcu po dziesiątej usłyszałam charakterystyczny dźwięk zapadki.
Oczywiście siedziała w klatce Zocha miałcząc żałośnie. Bardzo ładnie przeszła fucząc i prychając do kontenerka, no, dzięki mnie prawie by wyszła, ale Luby uratował sytuację.
Panikara jestem.. Przyznaję się bez bicia..
Ten jej miałk to z takich wysokiego tonu, świdrujących czaszkę. Towarzyszył nam przez całą drogę z dzikiej dziczy do dyżurującej kliniki w mieście.

Rany po kocich pazurach robią się jakby same, nic ich nie czuć, tylko nagle tryska krew nie wiadomo skąd.
Wczoraj po tej idiotycznej próbie łapanki Zochy bez sprzętu mam straszne rany po pazurach, biedny Wet na dyżurze przyjmujący Zochę zapamięta zęby koteczka na zawsze.
A uprzedzałam..
Uprzedzałam, że koteczka nieduża a żywotna bardzo, nieznosząca przymusu.
Wet wziął transporterek do zamkniętego pomieszczenia na zapleczu..
I się zaczęło..
Biedna, przerażona do granic Zocha zrobiła totalną demolkę, skakała po kątach, półkach zrzucając wszystko. Wet dwoił się i troił a ja za drzwiami przerażona co z koteczki zostało czekałam..
Wylała denaturat i się w nim wytaplała.
Co robią weci denaturatem??

W końcu umęczony Wet wrócił z ugryzieniem palca przez paznokieć, lewej ręki na szczęście, ale udało mu się dać zastrzyk Zosi.
Silna z niej babka. Wet mówi, że takiego dzikusa jeszcze nie widział..
Poprosiłam go żeby się Zochą dobrze zajął, on przyrzekł, że nie ma do niej urazu o rozwalonego palca, upewniłam się dwa razy, że da sobie radę - obiecał, że da..
Zadzwonił półtorej godziny później, że Zosia poskładana, założył jej kołnierz, pokazał mi ranę..
Faktycznie, tak jak widziałam, oderwała sobie kawał skóry, Wet mówił, że bardzo proste cięcie, czyli moja teoria o zahaczeniu na płocie jak najbardziej prawdopodobnA.
Przyszło mi do głowy na koniec, że dobrze byłoby pazurki jej przyciąć, żeby miała mniejszą możliwość się rozdrapać, kocia wciąż spała więc można było.
No i Zocha znów dała próbę swoich możliwości..
Uśpiona nagle wyrwała się Wetowi i Lubemu - dwóm dobrze zbudowanym chłopom - i poleciała na koniec gabinetu.
Ale Wet ją złapał fachowo, Luby pomógł i pazurki poszły precz.
Wet zdecydowanie miał dość przygody z Zochą, i tak był dzielny.

Swoją drogą, gdyby się złapała wczoraj, pojechałabym do swojego Weta i ani nie byłoby takich cyrków, ani nie straciłabym majątku za dyżur niedzielny.
Jestem zadowolona, że Kocia zreperowana siedzi w klatce. Łomatko jak bardzo jestem zadowolona..
Klatce którą pomogła zdobyć Gosia Wrocławianka - jej i Kamili z PRZYGARNIJ KOTA - serdeczne dziękuję!
Ewung też serdeczne dzięki za pomoc :)

Łomatko.. Zmęczona jestem jakbym 12h pracowała jako górnik dołowy.

Kciuki nadal potrzebne!
Bardzo dziękuję za dotychczasowe, przydały się bardzo.

Mam plan.
Za dwa tygodnie ściąganie szwów. Musi być w znieczuleniu, inaczej Zocha nie pozwoli, więc planuję sterylkę..
Łącznie miesiąc w klatce, kurczę, czy Zocha da radę?

No i w ogóle co będzie jak dojdzie do siebie po znieczuleniu a tu kołnierz i klatka i zamknięcie w domu naraz????
Bądźcie ze mną proszę bo się boję..

sobota, 30 sierpnia 2014

Straszne rzeczy w dzikiej dziczy..


Zocha, Zosieńka, Kocia..
Dla przypomnienia, chuchro które dojrzałam w naszym śmietniku w maju zeszłego roku, które zaczęłam dokarmiać, które przyniosło mi pięć kociaków z których to pięciu ocalał Pizdryczek. Kocia, która jest niesamowicie łowna - myszki, nornice i inne z naszego ogrodu, nisamowicie mądra i niesamowicie miziasta z jakąś traumą "nie wejdę do domu.. nie zamykaj drzwi.. aaaaaaaaa"
Przychodzi na jedzonko i obowiązkową sesję miziankową.
Kocia dziś przyszła jak zwykle rano, pracowałam z facetem w garażo-ogrodzie, miałkała jak zwykle kiedy chce jeść i się miziać, jeść miała nasypane, miziać nie miałam jak..
W przerwie podeszłam do niej i zobaczyłam, że ma coś dziwnego na tylnim podwoziu.
Straszna rana, oderwany kawał skóry.. Tyle zdążyłam dojrzeć, bo Zocha przychodzi się miziać, ale jest kotem - wolnożyjącym, co oznacza ciągłą czujność i ciągłą gotowość do natychmiastowej ucieczki..
Jak zobaczyłam ranę natychmiast rzuciłam się po transporterek.
Ale...
Ale ja nie umiem łapać kotów, nigdy nie łapałam..
No i akcja zakończyła się fiaskiem.. Zocha uciekła, a ja mam poharataną prawą rękę..
Nie, nie pogryzła mnie, próbowała uciec i pazury mi się odbiły mocno.
To było przed południem, zrozpaczona rzuciłam się na telefon szukając wolnej klatki łapki, jedna miła Pani z fundacji użyczyła mi i wieczorem zamontowałam z nadzieją, że jeszcze dziś pojedziemy poskładać kotę.
Taaa...
Plany to ja mogę mieć..
A życie i kota swoje..
Zocha co prawda wróciła, uciekła na mój widok jak nigdy, a do łapki weszła jak byłam w domu, wyjadła chrupki i poszła. Zapadki nie uruchamiając, a ćwiczyłam zapadkę ze dwadzieścia razy!
Grrr...
Denerwuję się jej stanem, bo ona nie wiadomo gdzie nocuje, w wybudowanym dla niej domku przed domem jedynie wygrzewa się na dachu, gdzieś we wsi jest.
Nie dziwię się, tu na polu fajnie nie jest w nocy..
No a ja nie zasnę..
Trzymajcie kciuki, żeby się złapała, proszę...

środa, 6 sierpnia 2014

Gusta i guściki..


Upiekłam sobie kolejny chlebek bezglutenowy i bułeczki pszenne dla Mena. Kolejny, bo cały czas eksperymentuję z różnymi mieszankami mąk, które przeważnie sama sobie miele w starym młynku do kawy, ciężko zastąpić gluten. Bezglutenowe pieczywo to zupełnie inna struktura, zapach, smak, więc testuję i mam nadzieję na lepszy smak.
O przedziwnych ulubionych przysmakach Rudiego już kiedyś pisałam, ale Rudek jest też fanem świeżego pieczywa. Bułki, chlebki, pączusie i ciasta - wszystko to muszę chować do szuflady, bo ten zagorzały fan włamuje się do toreb, chlebaków żeby tylko sobie popróbować. Byłam przekonana, że chodzi o pszenicę, ale nie, do moich bezpszenicznych chlebków Rudi dobiera się również.
Czy to nie dziwne?

Jakie są przysmaki Waszych futrzastych?

sobota, 2 sierpnia 2014

Haker

Filmik o tym co się dzieje jak Rudy jest po nieodpowiedniej stronie drzwi.
Przy półeczce kominkowej jest sterowanie roletą, Rudi wpierw próbuje sobie włączyć a jak się nie udaje to łapie za klamkę.
Pizdryczek chcą wyjść po prostu się drze do mnie, ale kiedyś jak się zbiorą to zdemontują to okno tarasowe, strach się bać..

Urzeczywistniony horror kociarza - czyli jak zepsuć sobie urlop cz. II

Jak każdemu kociarzowi wiadomo, futrzak najważniejszy jest.
Więc jak kociarzowi coś się stanie, kociołki pomagają jak mogą.
A jeśli kociołkom coś? To właśnie horror kociarza........
Dom z ogrodem? Czyli oba kocioły chcą wychodzić, najlepiej być ciągle na dworze..
Wiadomo, że tak się nie da, ale od czego weekendy?
No to spacer przed południowy, no jak najbardziej.
Czekałam aż mój men wstanie, bo dwa kocioły to dwóch ludzi na spacerze, trzymam się tego jak głupia jakoś, bo po nocach mi się śni, że Młody ginie w otchłani chaszczy.
Niby to otwarcie drzwi werandy i wypuszczenie futrzaków..
Nic bardziej mylnego.
Ogród to nie obóz, Zocha sobie tu wychodzi/wychodzi kiedy chce, zresztą nie tylko ona..
Inne koty też, no bo jak zatrzymać?
No to nasze dwa wariaty też.
Rudiego znam, wiem na co go stać, potrafi nagle wstać i pognać kota, ale Pizdryczek młoda krew w ogóle nie wiadomo co się po nim spodziewać.
No i znów..
Stało się..
Siedziałam z nimi i menem na ogrodzie z godzinę, potem mena poprosiłam żeby popilnował futrzaków, bo stwierdził, że na tarasie grilla zrobi.
No i Pizdryczek w domu był, bo zmęczył go upał i nagle w jednej chwili go nie było..
Przeszukałam każde pomieszczenie z pięć razy, zaczęłam szukać poza ogrodzeniem, ale tu pole porośnięte chaszczami wyższymi niż ja, czyli ponad 170cm, co gdzie szukać jak nie widać?
Men się zarzekał, że koteczek w domu..
A gdzie jak go nie ma????!!!!!!!
Płacząć już, wzięłam opakowanie z chrupkami i zaczęłam chodzić nawołując dookoła działki.
Tu kilka hektarów tych chaszczy... Nic mądrzejszego mi nie wpadło do głowy.
Men został na ogrodzie patrząc dookoła.
Po półgodzinie moich zmagań w gąszczach men zawołał mnie, że widział Pizdryczka w gąszczu.
Na to ustawiłam się w tym miejscu kiciając i Pizdryjakąc...
Noga uszkodzona mi niestety zachowywała się niedobrze, gąszcz jej szkodził, nerwy też, klęczenie w ponad 30% upale także...
Ale usłyszałam w trakcie jak miałknął, znaczy nie uciekł, więc kiciałam i Pizdrykałam i potrząsałam chrupkami........
Men na działce i Rudi, który reagował cały czas miałkiem na chrupki w moich rękach w końcu wywabił Małego z zarośli.
Ja nie zdążyłam dostać zawału..
Chwyciłam Pizdryczka jak się do chrupek zbliżył, obeszłam całą posiadłość żeby do niej wejść i tak zniewoliłam drugi raz Małego......
Łomatko.................

czwartek, 31 lipca 2014

Jak zepsuć sobie urlop?

Wywalczyłam trochę urlopu, z szefową walczyłam bo puścić nie chciała, a ja stwierdziłam, że mam dość i kropka.
Poszłam sobie pojeździć na rowerze, musiałam inną trasa niż zwykle bo mi dojazd zrujnowali no i się stało.
Się wywaliłam na tym rowerze na zakręcie,w żwir, a co, bo przecież trawa pół metra dalej, zrujnowałam sobie nogę i łokieć i jestem totalnie nieruchoma..
Przyjechałam brudna i zakrwawiona do domu i ta ruda szelma moja mnie totalnie zaskoczyła.
Podszedł, obwąchał mnie i zaczął lizać. Po nodze i po ręce, tych zmasakrowanych.
No słodycz, a w życiu bym go nie posądzała.
A potem przyszedł i mrucząc uwalił się na mnie...

Ale z kolanem to nie wiem co zrobić, zmasakrowane jest po całości, wysycham je bez opatrunku bo inaczej chodzić się nie da.
Apteka oddalona 20 km, więc nie pojadę bo nie mam czym, mogę coś zamówić ale co?
Takie chyba jakieś fioletowe kiedyś się rany smarowało dzieciom?

niedziela, 13 lipca 2014

Haker..

Pizdryk i Rudi lubią wychodzić na zewnątrz.
Miałam nadzieję, że Pizdryczek nie załapie bakcyla, ale niestety teraz mam dwa wyjące koty, które uspokajają się dopiero jak uchylam drzwi na werandę.
Rudy jako kot bardzo inteligentny usiłuje sam się wypuścić.
Na filmiku poniżej wpierw hakuje przyciski do sterowania rolety, potem próbuje sobie otworzyć drzwi.
A co :).

Niestety nie mam na telefonie opcji umieszczenia fimu, poniżej link na youtube


http://youtu.be/nRj0GNrk90c

sobota, 31 maja 2014

Się stało nie samo..

Pizdrczek ma prawie rok.
Odkładałam nieuniknione bo boję się znieczuleń całkowitych jak ognia.
Wczoraj zawieźliśmy chłopaka do miasta, bo w dzikiej dziczy oczywiście weta nie ma.
No i zawieźliśmy do jedynego weta, któremu ufam po przebojach z Rudym.
Po wybudzeniu wyglądał nawet nieźle, ale jak wróciliśmy do domu zaczął wymiotować.
Raz za razem, przez 40 minut.
A był na czczo oczywiście.
Przerażona dzwoniłam do weta co chwilę, było już późno, lecznica zamknięta, ale mój wet zaproponował żebyśmy spotkali się jednak.
Po tym telefonie jak zaczęłam z powrotem przygotowywać kontenerek wymioty ustały.
Biedak był wycieńczony, więc zaniechałam powtórnej, dalekiej wizyty.
Noc spędziłam na kanapie pilnując małego wędrowca na rozchwianych nóżkach.

Ale już jest lepiej.
Rano Rudy biedaka wylizywał, czego Pizdryczek nie znosi zupełnie, bo to niemęskie chyba :)). Pizdryczek i tym razem, choć osłabiony, nie zniósł i zmienił miejsce.

-Przy okazji zrobiłam brunecikowi badania. B wardzo ucieszyły mnie wyniki, choć odwodnienie zastanawia.
Dziś starałam się dać mu jak najwięcej mokrego, młody nie pije wody niestety, a lubi chrupki.

I jak tu nawodnić oporniaka?
Woda w miseczkach rozstawiona w całym domu, cieknącej wody się boi, rosołku nie pija, mokrej karmy unika...

środa, 21 maja 2014

Marzenia się spełniają..

Tak mi dziwnie...
Rok temu zazdrościłam Amyszce Mikesza. Bardzo chciałam kiedyś czarnego kota.
I co?
30 września złowiłam Pizdryczka, najspokojniejszego czarnego kocurra na świecie.
Bardzo chciałam też szylkrecie, tri, jak zwał tak zwał.
A Zocha co? Czarno biała kocia z perfekcyjnymi pończochami od grudnia zmieniła kolor czarnego futerka i teraz ma od blondi przez odcienie brązu po czarny.
No i jak tu nie być szczęśliwym?
Faktem jest, że jeszcze dłużej chciałam niebieściucha...
Czekam na kolejny cud...
Z niecierpliwością..

niedziela, 18 maja 2014

Podwójna tęcza w dzikiej dziczy..


Niby spokój, a ciągle się dzieje.
W lutym Rudi ześwirował, nagle w niedzielę zaczął biegać przerażony, bardzo szybko, z szeroko otwartymi oczami, chował się do garderoby na półkę z ręcznikami i nie chciał z niej wyjść jakby czyhało na niego coś strasznego.
Pizdryk początkowo myślał, że Rudy zaczyna zabawę, potem już patrzył z zaskoczeniem tylko, to na mnie, to na Rudiego.
Nic nie pomagało, nawet jego ukochane hobby czyli jedzenie. Nie wiedziałam kompletnie o co chodzi, ale jak zaczęłam analizować fakty to doszło do mnie, że zbiegło się to z pojawieniem się Burasa, który uważa się za właściciela naszej działki.
Oczywiście pojechaliśmy z szalejącym Rudim do weta, ale okazało się, że to główka, nie ciałko.
Zastosowaliśmy i karmę Calma plus uspokajacz, przez tydzień zero poprawy.
Wpadłam na pomysł, że może oznaczający wszystko dookoła Buras i jego zapach, który Rudi czuje, bo przecież wnosimy na butach, przez drzwi pewnie też czuć i zaczęłam myć podłogę codziennie, zmywać przed wejściem do domu.
Po miesiącu było trochę lepiej, teraz, po trzech nie jest źle, ale Buras na zewnątrz doprowadza wciąż Rudasa do szału.
Nie dziwię się, bo Buras panoszy się jak u siebie.

Pizdyczek wyrósł na przepięknego kota, w czerwcu ma pierwsze urodziny.
Kurczę to już rok..
Jak na młodziana jest strasznie spokojny, Rudi go zaczepia, ganiają się, że pierze fruwa.
Raczej kłaki, nie pierze, całe garście sobie wyrywają :).

Zocha, wspaniała jest ta kocia, cudo.
Gdyby jeszcze się chciała przełamać i wejść do domu, nie martwiłabym się tak o nią w zimę.
Przychodzi regularnie na jedzonko, teraz, jak jest cieplej przesiaduje u nas całymi dniami, łowi tłuste nornice, krety i myszy.
Chyba ich nie zjada, bo po łowach zajada chrupki z ogromnym apetytem.
Pokochała mnie jeszcze bardziej jak zaczęłam jej podawać niewielki ilości mleka, po prostu uwielbia mleko.
Dawałam jej mokre jedzenie, ale znienacka któregoś odmówiła zjedzenia swojej porcji, którą do tamtej pory pałaszowała w mgnieniu oka.
Mieliście tak? Bo nie rozumiem tej zmiany..

I to jej mruczenie, rozbrajające, wystarczy że na mnie spojrzy i już się rozlega ten cudowny.
Miziak z niej nieprzeciętny, jak wychodzę na ogród chodzi za mną w każdy kąt i łasi się.
Przypomina bardziej psiaka niż kota, waruje często na werandzie.

Pozdrawiam cieplutko wszystkich odwiedzających, dopytujących czy żyjemy :)






sobota, 15 lutego 2014

Krumlov..

Odkąd mam futrzaki namówienie mnie na jakiś wyjazd graniczy z cudem.
No, chyba, że chodzi o wypad w góry, to lubię, choć nieczęsto się zdarza.
Post Amyszki z jej kociorzeczami przypomniał mi, że całkiem niedawno byłam w czeskim Krumlovie, absolutnie tego nie chciałam :), ale za namową przyjaciółki pojechałam i przeżyłam lekki szok.
Czechy od Wrocławia to niedaleki wyjazd, ale Krumlov jest naprawdę daleko, w jedną stronę jechaliśmy busem koło 10h, podejrzewam, że samochodem udało by się w 7-8h.
Ale naprawdę warto.
Krumlov to przede wszystkim ogromny zamek, który ciągnie się w nieskończoność i zewsząd go widać.
Jest pięknie podświetlony, a że dojechaliśmy wieczorem to widaok był naprawdę urzekający.

W dzień też pięknie, mimo że słońca nie było tylko deszcz.





Tutaj czeski kot rezydujący w kiosku.
Czy on nie ma typowo czeskiej mordki?

Przesympatyczny, można go było głaskać i głaskać... Ale grupa poganiała niestety..

Miasteczko jest niewielkie, pełno tu pensjonatów, sklepów z pamiątkami i cudownych knajpek z piwem którego nie lubie :), ale też ze świetnym jedzeniem, takiego steku z wołowiny to naprawdę dawno nie jadłam, poezja :)

No i jest to raj dla kociarzy, raj kociorzeczy :)
Widać tu zupełnie inne niż w Polsce podejście do kotów i psów, tu mam wrażenie szanuje się koty na równi z psami, nie ma dziwnych zabobonów.
Na przykład na zdjęciu poniżej, niezbyt dobrze widać, że na kanapie przy szybie siedzi sobie pani z psem i pije kawkę poranną, tak po prostu.


Cząstka rzeczy z kotami jaką udalo mi się uchwycić, było tego znacznie więcej.











Szczególnie polecam nocne wędrówki po Krumlovie wielbicielom horrorów.
Czechy są takim specyficznym miejscem, że na ulicach rzadko spotyka się mieszkańców, a po południu osiedla są wręcz wyludnione, nie wiem skąd się to bierze, ale zawsze mnie to zadziwia ilekroć tam jestem.
W Krumlovie wieczorem jest pusto, a klimat prosto z horroru "Hostel" w moim odczuciu :).
Dreszcze i ciary gwarantowane.
Polecam :)
Wielbicielką zwiedzania nie jestem, ale taakiego miejsca po prostu nigdzie nie ma.
Warto :)