Wyobraźcie sobie późne popołudnie na polu, łące jak kto woli zarośniętej zielskiem metrowym, ja na dróżce z Rudim i Zochą - spacer taki, jak Rudiego wyprowadzam, Zocha chadza za nami. Wyjątkowo widać słońce, to dziś, ale chłodno od pola.
Przykucam, biorę Rudego na kolana, Zocha się ociera o nogi więc wolną ręką ją głaszczę.
Kątem oka widzę, że za zakrętem nadchodzi znajoma sunia, która zawsze przybiega się przywitać.
Sunia nadchodzi zza moich pleców, widzę jak Zocha drętwieje i następuje akcja.
Nagle Zocha warcząc i sycząc wyskakuje spod moich nóg na sunę, skowyt, Rudy atak paniki, rzuca się nie wiadomo gdzie, Zocha wpada pod samochód, sunia ucieka.
Ja zostaję sama na placu boju.
Wychodzi mi, że Zocha chciała mnie ochronić.
Ta maleńka, delikatna istotka.
Jak zwykle Rudi nie stanął na wysokości zadania.
Samice górą :)
Poniżej Zocha, obrońca uciśnionych :)
piątek, 27 września 2013
sobota, 14 września 2013
Nie wiem co się dzieje - jest dziwnie..
Ten rok jest inny.
Nie wiem czy ja się zmieniłam czy zmysły mi się wyostrzyły??
Tak czy owak, nawet gdyby to nie wszystko wyjaśnia.
Wpierw, tak na wiosnę, zwierzaki mnie pokochały.
Nie mam na myśli Rudego, ta wybitna jednostka się wciąż opiera, ale pracuję nad nim metodami wprost z literatury psychologiczno kociej.
Obce koty, obce psy zaczęły mnie darzyć uczuciami ponad przeciętnymi.
Normalnie jak szłam przez wieś, każdy pies broniący swojego obejścia, swojego terytorium, obszczekiwał mnie - jak każdego innego obcego.
Nie mogłam mojego Lubego wyciągnąć na rower, zatopiony w pracy przy budowli swojego życia każdą wolną chwilę do wypęku poświęca właśnie jej, więc w każdą wyprawę rowerową wybieram się sama.
I na pierwszej takiej podróży 7 km od chałupy okazało się że mam panę jak się patrzy i już nie dojadę.
Dzwoniłam i dzwoniłam po pomoc, tak z pół godziny, potem się wściekłam że Luby nie odbiera i poszłam piechotą te kilometry z niepełnosprawnym rowerem , niestety drogą nadmiernie uczęszczaną, droga z której jechałam to było 15 km i wolałam mimo wszystko krótszą :).
I tak idąc sobie zyskałam wielu adoratorów w postaci burków, które wpierw podbiegały z ochotą poszczekania, z niewiadomej przyczyny tego nie robiły, tylko mnie odprowadzały łasząc się niezmiernie, poniektóre mając otwarte bramy odprowadzały mnie naprawdę daleko, szły nz przodu, co po chwilę patrząc czy za nimi idę - niezmiernie śmieszne widowisko.
Dodam, że to było wiosną, nie w żadne upały czy burze, ale w piękną wiosenną pogodę.
Zwiedziłam dziką dzicz dookoła, zaliczyłam totalne widoki w stylu: stada sarenek z samcami liczące ponad dwadzieścia sztuk, wyskakujące mi pod koła z zarośli, wystraszyłam bociany na hektarach których za bardzo nikt nie odwiedzał i jak zaczęły wzlatywać w powietrze, to tak wzlatywały i wlatywały z ładnych kilku hektarów, naliczyłam 34 sztuki krążące nad polami.
Dałam spokój eksploracji na rzecz ich spokojnemu żerowaniu.
Potem zrobił mi niespodziewankę obcy, dorosły Buras.
Siedząc w domu, to też zaczęło się na wiosnę, Buras - dotychczas nieznany, choć widywałam go kilka razy z daleka - zaczął płaczliwie miałczeć pod drzwiami wpierw a potem na werandzie.
Maiłk taki kojarzy mi się przede wszystkim z głodem, więc zaczęłam tego dużego głoda dokarmiać, acz nieregularnie, bo tak się pojawia.
Ale, jak się później okazało, to nie do końca głód go skłania do wywabienia mnie z domu.
Często bardziej Buraskowi chodzi o poocieranie się o moje nogi, żebym po podrapała po główce, niż o jedzenie, choć czasem głodny chłopak jest.
Buras to prawdziwy dżentelmen i taka miłość cieszy.
O Czarnej, już w tej chwili Zośce, będzie osobno - ona pokochała bardziej Lubego i Rudiego, choć to ja ją karmię od początku.
Następnie były przepowiednie.
Moje.
Takie nieprzemyślane wypowiedzi podsumujące jakieś tematy, myśli...
Okazują się być trafne - wiedzieć o tym nie mogłam, bo się "okazuje" po jakimś czasie, że dokładnie tak jak mówiłam jest.
Skąd mi się to bierze?
Zaczynam się siebie bać..
Kocham jesień, papryka, malinowe pomidory,śliwki, owocki - mniam.
Ale ja, zatwardziały mięsożerca, który jeśli trzy razy dziennie nie zje mięsnego produktu dobrej jakości to będzie głodny..
Ja, ten mięsożerca, żebym wolała ziemniaka z pomidorem a oddawała Lubemu całą pyszną wołowinkę w śmietanowym sosie???
Dobrowolnie??
DNA mi się zmienia chyba czy cuś..
Mutuję...
Nie wiem czy ja się zmieniłam czy zmysły mi się wyostrzyły??
Tak czy owak, nawet gdyby to nie wszystko wyjaśnia.
Wpierw, tak na wiosnę, zwierzaki mnie pokochały.
Nie mam na myśli Rudego, ta wybitna jednostka się wciąż opiera, ale pracuję nad nim metodami wprost z literatury psychologiczno kociej.
Obce koty, obce psy zaczęły mnie darzyć uczuciami ponad przeciętnymi.
Normalnie jak szłam przez wieś, każdy pies broniący swojego obejścia, swojego terytorium, obszczekiwał mnie - jak każdego innego obcego.
Nie mogłam mojego Lubego wyciągnąć na rower, zatopiony w pracy przy budowli swojego życia każdą wolną chwilę do wypęku poświęca właśnie jej, więc w każdą wyprawę rowerową wybieram się sama.
I na pierwszej takiej podróży 7 km od chałupy okazało się że mam panę jak się patrzy i już nie dojadę.
Dzwoniłam i dzwoniłam po pomoc, tak z pół godziny, potem się wściekłam że Luby nie odbiera i poszłam piechotą te kilometry z niepełnosprawnym rowerem , niestety drogą nadmiernie uczęszczaną, droga z której jechałam to było 15 km i wolałam mimo wszystko krótszą :).
I tak idąc sobie zyskałam wielu adoratorów w postaci burków, które wpierw podbiegały z ochotą poszczekania, z niewiadomej przyczyny tego nie robiły, tylko mnie odprowadzały łasząc się niezmiernie, poniektóre mając otwarte bramy odprowadzały mnie naprawdę daleko, szły nz przodu, co po chwilę patrząc czy za nimi idę - niezmiernie śmieszne widowisko.
Dodam, że to było wiosną, nie w żadne upały czy burze, ale w piękną wiosenną pogodę.
Zwiedziłam dziką dzicz dookoła, zaliczyłam totalne widoki w stylu: stada sarenek z samcami liczące ponad dwadzieścia sztuk, wyskakujące mi pod koła z zarośli, wystraszyłam bociany na hektarach których za bardzo nikt nie odwiedzał i jak zaczęły wzlatywać w powietrze, to tak wzlatywały i wlatywały z ładnych kilku hektarów, naliczyłam 34 sztuki krążące nad polami.
Dałam spokój eksploracji na rzecz ich spokojnemu żerowaniu.
Potem zrobił mi niespodziewankę obcy, dorosły Buras.
Siedząc w domu, to też zaczęło się na wiosnę, Buras - dotychczas nieznany, choć widywałam go kilka razy z daleka - zaczął płaczliwie miałczeć pod drzwiami wpierw a potem na werandzie.
Maiłk taki kojarzy mi się przede wszystkim z głodem, więc zaczęłam tego dużego głoda dokarmiać, acz nieregularnie, bo tak się pojawia.
Ale, jak się później okazało, to nie do końca głód go skłania do wywabienia mnie z domu.
Często bardziej Buraskowi chodzi o poocieranie się o moje nogi, żebym po podrapała po główce, niż o jedzenie, choć czasem głodny chłopak jest.
Buras to prawdziwy dżentelmen i taka miłość cieszy.
O Czarnej, już w tej chwili Zośce, będzie osobno - ona pokochała bardziej Lubego i Rudiego, choć to ja ją karmię od początku.
Następnie były przepowiednie.
Moje.
Takie nieprzemyślane wypowiedzi podsumujące jakieś tematy, myśli...
Okazują się być trafne - wiedzieć o tym nie mogłam, bo się "okazuje" po jakimś czasie, że dokładnie tak jak mówiłam jest.
Skąd mi się to bierze?
Zaczynam się siebie bać..
Kocham jesień, papryka, malinowe pomidory,śliwki, owocki - mniam.
Ale ja, zatwardziały mięsożerca, który jeśli trzy razy dziennie nie zje mięsnego produktu dobrej jakości to będzie głodny..
Ja, ten mięsożerca, żebym wolała ziemniaka z pomidorem a oddawała Lubemu całą pyszną wołowinkę w śmietanowym sosie???
Dobrowolnie??
DNA mi się zmienia chyba czy cuś..
Mutuję...
środa, 31 lipca 2013
Pasionkowe wyzwanie część 2
Troszkę się przeczytało :)
2) nie jestem pewna czy tu można przyporządkować thriller medyczny?
nie czytałam dotąd niczego tego autora, zakupiłam na jakiejś wyprzedaży i wreszcie przeczytałam
umiera znany naukowiec zajmujący się badaniem mózgu, przed dziwnym samobójstwem dzwoni do syna z prośbą o zniszczenie zawartości jego komputera, syn - także początkujący badacz tej samej dziedziny co ojciec - nie realizuje tej prośby więc zaczyna się dziać...
niezła
2)no tu chyba bez opisu zostawię :)
polecam oczywiście :)
3)i 9) czy to obyczaj?
od razu zapowiadam, że ten rodzaj mnie raczej nie porywa, no i książka mi wpadła w ręce, nie wybrałam jej specjalnie (MM nie dostałam niestety jeszcze)ale jeszcze w tym puncie będzie MM zaliczona
Młoda dziewczyna, bardzo krótko po ślubie z cudownym facetem zostaje wdową. Mąż, przewidując swoje odejście, prosi przyjaciela o dostarczenie żonie po jego śmierci psa. Kilka lat po pogrzebie męża dziewczyna zaczyna chodzić na randki, a pies dziwnie się zachowywać.
Autor "listu w butelce", książka niezła, ale nie mój gatunek.
4) ebook przez Legimi w trawajach i busach, krótkie historyjki w sam raz na niewygodę podróży miejskich
2) i 7)Ubawiłam się czytając tę wiejską fantastykę. Często jak czytam tego Autora zastanawiam się skąd mu się to bierze?
Pomysły ma niesamowite :)
Byłby świetnym nauczycielem historii moim zdaniem :)
Historyjki o Jakubie Wędrowyczu polecam gorąco z całą odpowiedzialnością, szczególnie dość krótką, ale z niesamowitą puentą "Skansen" o biednym aniele stróżu, który bardzo żle trafił.
9)świetna pozycja, polecam wszystkim kociolubom, od początku opowiada o jak kot się zachowuje, dlaczego, jak reaguje, jak można kota zrozumieć i zacząć nim rozmawiać
Ofco, dziękuję za informację o serialu Kinga, nic nie wiedziałam :).
Nadrobiłam, zobaczyłam co było do zobaczenia i co prawda oglądać będę nadal, ale wolałam Haven.
Jakoś mi ekranizacja "Pod kopułą" nie leży, o szczegóły chodzi, kupy się często wszystko nie trzyma.
Jakie macie wrażenia, może oglądaliście?
2) nie jestem pewna czy tu można przyporządkować thriller medyczny?
nie czytałam dotąd niczego tego autora, zakupiłam na jakiejś wyprzedaży i wreszcie przeczytałam
umiera znany naukowiec zajmujący się badaniem mózgu, przed dziwnym samobójstwem dzwoni do syna z prośbą o zniszczenie zawartości jego komputera, syn - także początkujący badacz tej samej dziedziny co ojciec - nie realizuje tej prośby więc zaczyna się dziać...
niezła
2)no tu chyba bez opisu zostawię :)
polecam oczywiście :)
3)i 9) czy to obyczaj?
od razu zapowiadam, że ten rodzaj mnie raczej nie porywa, no i książka mi wpadła w ręce, nie wybrałam jej specjalnie (MM nie dostałam niestety jeszcze)ale jeszcze w tym puncie będzie MM zaliczona
Młoda dziewczyna, bardzo krótko po ślubie z cudownym facetem zostaje wdową. Mąż, przewidując swoje odejście, prosi przyjaciela o dostarczenie żonie po jego śmierci psa. Kilka lat po pogrzebie męża dziewczyna zaczyna chodzić na randki, a pies dziwnie się zachowywać.
Autor "listu w butelce", książka niezła, ale nie mój gatunek.
4) ebook przez Legimi w trawajach i busach, krótkie historyjki w sam raz na niewygodę podróży miejskich
2) i 7)Ubawiłam się czytając tę wiejską fantastykę. Często jak czytam tego Autora zastanawiam się skąd mu się to bierze?
Pomysły ma niesamowite :)
Byłby świetnym nauczycielem historii moim zdaniem :)
Historyjki o Jakubie Wędrowyczu polecam gorąco z całą odpowiedzialnością, szczególnie dość krótką, ale z niesamowitą puentą "Skansen" o biednym aniele stróżu, który bardzo żle trafił.
9)świetna pozycja, polecam wszystkim kociolubom, od początku opowiada o jak kot się zachowuje, dlaczego, jak reaguje, jak można kota zrozumieć i zacząć nim rozmawiać
Ofco, dziękuję za informację o serialu Kinga, nic nie wiedziałam :).
Nadrobiłam, zobaczyłam co było do zobaczenia i co prawda oglądać będę nadal, ale wolałam Haven.
Jakoś mi ekranizacja "Pod kopułą" nie leży, o szczegóły chodzi, kupy się często wszystko nie trzyma.
Jakie macie wrażenia, może oglądaliście?
czwartek, 11 lipca 2013
Bo Ofca wie co dobre - czyli pasionkowe wyzwanie - realizacja cz. 1
Przeczytałam.
1. Książkę Króla
Polecam. Zaczyna się melodramatycznie, potem następuje pomieszanie dramatu, horroru z romansem.
Nie podobało mi się wyjaśnienie - czytałam z zamkniętymi oczami szybko przewracając strony.
8. Książkę polskiego autora
Najlepsze co kiedykolwiek wyprodukowała moja ukochana Autorka.
Czytałam stutysięczny raz - nie było zakazu czytania po raz kolejny :)
9. Książką o kotach
Niesamowita książka weterynarza praktykującego 30 lat, kochającego koty od dzieciństwa.
Pełna ciepła i miłości, nie wierzę że tacy faceci istnieją :), to chyba wyjątek od reguły.
Bardzo polecam.
Ma wadę taką, że za nic nie zorientowałam się kiedy zaczęłam to skończyłam już...
wtorek, 28 maja 2013
A pod moim oknem w dzikiej dziczy mieszka...
No i stało się..
Przenieśliśmy się w drugi dzień wiosny.
Jak na wiosnę w tym roku przystało, prześlicznie minusowa pogoda wraz z towarzyszącą śnieżycą na zakończenie dnia kiedy przewoziliśmy do miejsca przeznaczenia Rudego.
Bardzo bałam się o Rudego, ostatnio sporo chorował, ostatnie leczenie antybiotykiem trwało ponad miesiąc bo chłopak nie przychodził do siebie, wcześniej też był chory - jednym słowem bałam się, że za bardzo przeżyje te przenosiny, on zmian nie lubi...
Kilka razy braliśmy go na budowę, kiedy już było dość bezpiecznie dla niego.
Teatr wtedy robił, zachowywał się jak primadonna, ale to go troszkę przygotowało na przenosiny.
Chyba z tydzień, góra 10 dni - i już koteczek śmigał po całym domu z podniesionym ogonem, pan na włościach.


Wyszło, że to ja nie potrafię się przestawić.
Dziwnie się czuję, taka przestrzeń dla mnie, tyle miejsca - dziwnie mi..
No i nikogo wokół - to nie dla mnie.
Ja całe życie zawsze miałam kogoś za ścianą. W bloku, w pracy..
A tu mur i pole.
Stoją domy obok, ale na ulicy nikogo nie widać, czasem jakiś samochód przejedzie i tyle.
Za to okoliczności przyrody nie powiem, wybuchły.
Ptaków wrzask - sorki śpiew, co poniektóre zaprzyjaźniły się z Rudym i zaglądają bardzo często.
Śliczne tu ptaki żyją, kolorowo ubarwione.
Odwiedzają nas też myszki, gronostaje, jak ten poniżej jeszcze na koniec zimy, jeszcze w białej szacie.
Skakał sobie po naszym tarasie, któego jeszcze nie ma :), ale dosłownie 10 cm od szyby.

A co do tytułu, to pod moim oknem, na polu żyje sobie daniel.
Ogrodzenie domu mamy z trzech stron, z przodu domu póki co nie ma żadnego więc zwierzaki wszelkiej maści hasają po skarpie z ziemi którą mamy jeszcze podnieść teren.
Póki co wyrosły na niej chaszcze nieposkromione.
Tak w zasadzie to dookoła na polu było nic, a na naszej skarpie było już zielono, nie wiem czemu bo w tym miejscu najbardziej wieje, więc zimno.
Ale któregoś dnia jak rano wstałam o 6tej, wchodzę do wanny a tu daniel przed oknem.
Na podwórku.

Wannę mam pod oknem, bardzo dużym, nieosłoniętym oknem, i nie sposób się nie obudzić widząc kilka metrów przed sobą dzikie zwierzę.
On mnie nie widział, ale zanim zawołałam Lubego z aparatem przemieścił się pod werandę, skakał sobie po skarpie, zachowywał jak szczeniaczek.
Potem jak przechodził koło domu żeby wyjść za ogrodzenie, widziałam go z odległości metra dosłownie, te piękne czarne oczęta, każdy mięsień natężony bez grama tłuszczu.

Oczywiście Rudy zaczął na niego polować, obserwował z kolejnych okien każdy ruch, na koniec jak daniel zbiżył się bardzo ogon Rudego przypominał ogon wiewiórki :).
Na tej wizycie się nie skończyło, daniel lubi nas odwiedzać, najczęściej pasie się dookoła ogrodzenia, ale czasem wpada na skarpę pobaraszkować i pożywić się.




Są też inne sarenki i daniele, ale ten jeden ryzykant polubił tutejsze pole, domyślam się że się tu urodził, młodziutki jest chyba jeszcze.
Skarpa jest zresztą magnesem także na koty okoliczne.
Zlokalizowałam w niej dwie dziury, bardzo duże, jak do korytarza jamy, najwyraźniej jakieś zwierzątko tam mieszka bo cyklicznie co najmniej dwa razy dziennie przychodzi tam polować wielkogłowy Buras i Trzykolorka, zwana przeze mnie od początku Tri.
Mi się nie udało podejrzeć zwierzaczka, bujna roślinność pozwala mu na anonimowość.
Boję się tylko co z nim jak zaczniemy skarpę rozbierać, bo niedługo już to nastąpi, za nic nie wiem jak wykurzyć zwierzaka żeby tam nie zginął???
Dziękuję Kochani, że o nas pamiętacie i dopytujecie, Rudy ma się bardzo dobrze.
Szaleje po domu, każdy nowy nabytek meblowy testuje z uporem, pokochał sofę bo jest przy oknie tarasowy,
Wszystkie okna są bardzo duże, Rudy nauczył się szybciutko przemieszczać po kolejnych pomieszczeniach żeby obserwować koty które tu przychodzą.
Bo oczywiście kotów tu cała chmara.
A nie odzywam się bo cały czas praca, sprzątanie, malowanie, wykańczanie.
I niestety, lub stety, tu nie ma internetu.
Sygnał telefonii komórkowej jest tak słaby, że można rozmawiać tylko w jadalni w charakterze naklejki na szybę, a i to nie pomaga, rwie się połączenie i tyle.
A w pracy mam pracę i za nic czasu na prywatę.
Pozdrawiam Was serdecznie i cieplutko wbrew aurze :)
Przenieśliśmy się w drugi dzień wiosny.
Jak na wiosnę w tym roku przystało, prześlicznie minusowa pogoda wraz z towarzyszącą śnieżycą na zakończenie dnia kiedy przewoziliśmy do miejsca przeznaczenia Rudego.
Bardzo bałam się o Rudego, ostatnio sporo chorował, ostatnie leczenie antybiotykiem trwało ponad miesiąc bo chłopak nie przychodził do siebie, wcześniej też był chory - jednym słowem bałam się, że za bardzo przeżyje te przenosiny, on zmian nie lubi...
Kilka razy braliśmy go na budowę, kiedy już było dość bezpiecznie dla niego.
Teatr wtedy robił, zachowywał się jak primadonna, ale to go troszkę przygotowało na przenosiny.
Chyba z tydzień, góra 10 dni - i już koteczek śmigał po całym domu z podniesionym ogonem, pan na włościach.


Wyszło, że to ja nie potrafię się przestawić.
Dziwnie się czuję, taka przestrzeń dla mnie, tyle miejsca - dziwnie mi..
No i nikogo wokół - to nie dla mnie.
Ja całe życie zawsze miałam kogoś za ścianą. W bloku, w pracy..
A tu mur i pole.
Stoją domy obok, ale na ulicy nikogo nie widać, czasem jakiś samochód przejedzie i tyle.
Za to okoliczności przyrody nie powiem, wybuchły.
Ptaków wrzask - sorki śpiew, co poniektóre zaprzyjaźniły się z Rudym i zaglądają bardzo często.
Śliczne tu ptaki żyją, kolorowo ubarwione.
Odwiedzają nas też myszki, gronostaje, jak ten poniżej jeszcze na koniec zimy, jeszcze w białej szacie.
Skakał sobie po naszym tarasie, któego jeszcze nie ma :), ale dosłownie 10 cm od szyby.

A co do tytułu, to pod moim oknem, na polu żyje sobie daniel.
Ogrodzenie domu mamy z trzech stron, z przodu domu póki co nie ma żadnego więc zwierzaki wszelkiej maści hasają po skarpie z ziemi którą mamy jeszcze podnieść teren.
Póki co wyrosły na niej chaszcze nieposkromione.
Tak w zasadzie to dookoła na polu było nic, a na naszej skarpie było już zielono, nie wiem czemu bo w tym miejscu najbardziej wieje, więc zimno.
Ale któregoś dnia jak rano wstałam o 6tej, wchodzę do wanny a tu daniel przed oknem.
Na podwórku.
Wannę mam pod oknem, bardzo dużym, nieosłoniętym oknem, i nie sposób się nie obudzić widząc kilka metrów przed sobą dzikie zwierzę.
On mnie nie widział, ale zanim zawołałam Lubego z aparatem przemieścił się pod werandę, skakał sobie po skarpie, zachowywał jak szczeniaczek.
Potem jak przechodził koło domu żeby wyjść za ogrodzenie, widziałam go z odległości metra dosłownie, te piękne czarne oczęta, każdy mięsień natężony bez grama tłuszczu.
Oczywiście Rudy zaczął na niego polować, obserwował z kolejnych okien każdy ruch, na koniec jak daniel zbiżył się bardzo ogon Rudego przypominał ogon wiewiórki :).
Na tej wizycie się nie skończyło, daniel lubi nas odwiedzać, najczęściej pasie się dookoła ogrodzenia, ale czasem wpada na skarpę pobaraszkować i pożywić się.
Są też inne sarenki i daniele, ale ten jeden ryzykant polubił tutejsze pole, domyślam się że się tu urodził, młodziutki jest chyba jeszcze.
Skarpa jest zresztą magnesem także na koty okoliczne.
Zlokalizowałam w niej dwie dziury, bardzo duże, jak do korytarza jamy, najwyraźniej jakieś zwierzątko tam mieszka bo cyklicznie co najmniej dwa razy dziennie przychodzi tam polować wielkogłowy Buras i Trzykolorka, zwana przeze mnie od początku Tri.
Mi się nie udało podejrzeć zwierzaczka, bujna roślinność pozwala mu na anonimowość.
Boję się tylko co z nim jak zaczniemy skarpę rozbierać, bo niedługo już to nastąpi, za nic nie wiem jak wykurzyć zwierzaka żeby tam nie zginął???
Dziękuję Kochani, że o nas pamiętacie i dopytujecie, Rudy ma się bardzo dobrze.
Szaleje po domu, każdy nowy nabytek meblowy testuje z uporem, pokochał sofę bo jest przy oknie tarasowy,
Wszystkie okna są bardzo duże, Rudy nauczył się szybciutko przemieszczać po kolejnych pomieszczeniach żeby obserwować koty które tu przychodzą.
Bo oczywiście kotów tu cała chmara.
A nie odzywam się bo cały czas praca, sprzątanie, malowanie, wykańczanie.
I niestety, lub stety, tu nie ma internetu.
Sygnał telefonii komórkowej jest tak słaby, że można rozmawiać tylko w jadalni w charakterze naklejki na szybę, a i to nie pomaga, rwie się połączenie i tyle.
A w pracy mam pracę i za nic czasu na prywatę.
Pozdrawiam Was serdecznie i cieplutko wbrew aurze :)
czwartek, 31 stycznia 2013
Dzika dzicz - powitanie
Niedziela, 13:15
Dojeżdżam do stacji docelowej, wstaję, podchodzę do drzwi kiedy słyszę:
- Bileciki do kontroli.
- Ale Panie Konduktorze, ja właśnie wysiadam.
- TU??!! - zdziwienie widoczne bardzo.
- No tak.
- Ale się Pani nie pomyliła?
- No nie.
Posiąg się zatrzymał więc wychodzą ostrożnie.
Temperatura -7, wszystko w bieli totalnej.
Stoję na peronie i rozglądam się wokoło.
- Jednak Pani za wcześnie wysiadła.. - słyszę Konduktora
- Nie, tylko się zastanawiam jak przejść na drugą stronę?
- Jak odjedziemy..
Ubrana odpowiednio do warunków, pies na głowie, kurtka zimowa za pupę jak mama uczyłą, traperki na nogach.
Ale wciąz nie wiem jak mam przeleźć na tą drugą stronę?
Zeskoczyć z peronu, przez te tory to jeszcze rozumiem, ale po drugiej stronie wykopy i wądoły pokryte sniegiem nie ruszonym w ogóle, wlecę w jakąś dziurę i złamię sobie coś.
Dodatkowo peron się kończy a wzdłuż torów widzę ogrodzenia ciągnące się akurat w stronę gdzie mam iść.
Po torach mam iść czy co??
Tu często jeżdżą pociągi, niebezpieczne raczej.
"Na pewno ktoś już dziś tędy szedł, pójdę po śladach" - pomyśłałam.
Łażę w tę i z powrotem po niezbyt długim peronie i nic, żadnych śladów, nawet wczorajszych.
No to zeskakuję z peronu na tory, i idę w wądoły.
Oczywiście wpadłam w dziurę, a jak inaczej, utaprana w śniegu cała, wygrzebałąm się i ruszyłam dalej.
A tu mur do pasa, nie ominę, wdrapać się muszę, a tu ubranie i laptop i wałówka, więc jak ten miś wgrzebuję się na postument.
Idę, idę wzdłuż ogrodzenia, brnę w śniegu.
Chałupy jakich nie widziałąm od dzieciństwa, kiedy wakacje na wsi spędziałam, takie stare rozwalające się z budynkami gospodarczymi, krówkami i całą trzodą, przedziwne łatanki na budynkach.
Wreszcie wyszłąm na drogę, którą wiedziałam, że dojdę do celu.
Prawie, że westchnęłam z ulgą kiedy nagle zmaterializowało się dwóch mało niedzielnie ubranych osobników płci męskiej.
Jeden z nich, lat około 50 zmierza w moją stronę.
Spod psa na głowie i odzieży to mnie nie widać praktycznie, no po włosach może widać że żeńska płeć co najwyżej.
Facet mija mnie patrząc na nogi mruczy pod nosem "Zjeżdżaj stąd mała bo jak ci..."
Dalej nie usłyszałam.
Dziwne to zupełnie, nie wiem o co chodzi, ale z leksza przyśpieszam.
Po chwili jestem na swoim kawałku ziemi z domem.
Taka wyprawa zdarzyła mi się pierwszy raz od ponad roku jeżdżenia na budowę.
Zawsze jeździliśmy samochodem z Lubym, teraz pech chciał, że musiałam spędzić w pracy ranek, a że przenosimy się za miesiąc, prace wykończeniowe naszymi rękami są wykonywane cały czas, kiedy się da.
No w moich obcasach to raczej awaryjnie na stację latać nie będę, buty do wyrzucenia byłyby po jednym takim wyjściu.
Jestem w szoku :)
Ta dzika dzicz to 1 km od granicy Wrocławia.
Kot będzie miał ubaw.
Dojeżdżam do stacji docelowej, wstaję, podchodzę do drzwi kiedy słyszę:
- Bileciki do kontroli.
- Ale Panie Konduktorze, ja właśnie wysiadam.
- TU??!! - zdziwienie widoczne bardzo.
- No tak.
- Ale się Pani nie pomyliła?
- No nie.
Posiąg się zatrzymał więc wychodzą ostrożnie.
Temperatura -7, wszystko w bieli totalnej.
Stoję na peronie i rozglądam się wokoło.
- Jednak Pani za wcześnie wysiadła.. - słyszę Konduktora
- Nie, tylko się zastanawiam jak przejść na drugą stronę?
- Jak odjedziemy..
Ubrana odpowiednio do warunków, pies na głowie, kurtka zimowa za pupę jak mama uczyłą, traperki na nogach.
Ale wciąz nie wiem jak mam przeleźć na tą drugą stronę?
Zeskoczyć z peronu, przez te tory to jeszcze rozumiem, ale po drugiej stronie wykopy i wądoły pokryte sniegiem nie ruszonym w ogóle, wlecę w jakąś dziurę i złamię sobie coś.
Dodatkowo peron się kończy a wzdłuż torów widzę ogrodzenia ciągnące się akurat w stronę gdzie mam iść.
Po torach mam iść czy co??
Tu często jeżdżą pociągi, niebezpieczne raczej.
"Na pewno ktoś już dziś tędy szedł, pójdę po śladach" - pomyśłałam.
Łażę w tę i z powrotem po niezbyt długim peronie i nic, żadnych śladów, nawet wczorajszych.
No to zeskakuję z peronu na tory, i idę w wądoły.
Oczywiście wpadłam w dziurę, a jak inaczej, utaprana w śniegu cała, wygrzebałąm się i ruszyłam dalej.
A tu mur do pasa, nie ominę, wdrapać się muszę, a tu ubranie i laptop i wałówka, więc jak ten miś wgrzebuję się na postument.
Idę, idę wzdłuż ogrodzenia, brnę w śniegu.
Chałupy jakich nie widziałąm od dzieciństwa, kiedy wakacje na wsi spędziałam, takie stare rozwalające się z budynkami gospodarczymi, krówkami i całą trzodą, przedziwne łatanki na budynkach.
Wreszcie wyszłąm na drogę, którą wiedziałam, że dojdę do celu.
Prawie, że westchnęłam z ulgą kiedy nagle zmaterializowało się dwóch mało niedzielnie ubranych osobników płci męskiej.
Jeden z nich, lat około 50 zmierza w moją stronę.
Spod psa na głowie i odzieży to mnie nie widać praktycznie, no po włosach może widać że żeńska płeć co najwyżej.
Facet mija mnie patrząc na nogi mruczy pod nosem "Zjeżdżaj stąd mała bo jak ci..."
Dalej nie usłyszałam.
Dziwne to zupełnie, nie wiem o co chodzi, ale z leksza przyśpieszam.
Po chwili jestem na swoim kawałku ziemi z domem.
Taka wyprawa zdarzyła mi się pierwszy raz od ponad roku jeżdżenia na budowę.
Zawsze jeździliśmy samochodem z Lubym, teraz pech chciał, że musiałam spędzić w pracy ranek, a że przenosimy się za miesiąc, prace wykończeniowe naszymi rękami są wykonywane cały czas, kiedy się da.
No w moich obcasach to raczej awaryjnie na stację latać nie będę, buty do wyrzucenia byłyby po jednym takim wyjściu.
Jestem w szoku :)
Ta dzika dzicz to 1 km od granicy Wrocławia.
Kot będzie miał ubaw.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Czasami człowiek musi, inaczej się udusi - post zupełnie nie koci.. prywatny raczej.... lepiej nie czytać
Tytuł posta, jak dla mnie kojarzy się z czymś co czasem zrobić muszę, a należy do innych funkcji podtrzymujących życie niż jedzenie czy picie..
W zasadzie kojarzy mi się z biżuterią, bo czasem mam dłuższe okresy kiedy nie mogę, nie mam czasu, nie mam weny, i tak narasta we mnie chęć stworzenia czegoś, że jak już czara się przepełni, to potrafię po ciężkim tygodniu wraz z weekendem ciężkim, w nocy z niedzieli na wstający o 6tej poniedziałek, tak zamiast spać, odpalić palnik około 24tej żeby coś stworzyć- w technice, której jeszcze nie próbowałam..
W zasadzie kojarzy mi się z biżuterią, bo czasem mam dłuższe okresy kiedy nie mogę, nie mam czasu, nie mam weny, i tak narasta we mnie chęć stworzenia czegoś, że jak już czara się przepełni, to potrafię po ciężkim tygodniu wraz z weekendem ciężkim, w nocy z niedzieli na wstający o 6tej poniedziałek, tak zamiast spać, odpalić palnik około 24tej żeby coś stworzyć- w technice, której jeszcze nie próbowałam..
sobota, 29 września 2012
Wrocław zagubiony kot bengalski?
Widziałam dziś na Muchoborze Dużym przepięknego kota bengalskiego bez właściciela.
Miał obróżkę, niestety czmychnął w krzaki i nie zdążyłąm jej sprawdzić.
Być może komuś pomoże ten post, ciężko mi uwierzyć, że ktoś tak rzucającego się w oczy kota puszcza luzem, ale wszystko jest możliwe.
Miał obróżkę, niestety czmychnął w krzaki i nie zdążyłąm jej sprawdzić.
Być może komuś pomoże ten post, ciężko mi uwierzyć, że ktoś tak rzucającego się w oczy kota puszcza luzem, ale wszystko jest możliwe.
czwartek, 6 września 2012
Rozmowa samców przy szynce
Kocie... Ty tu nie udawaj tygrysa...
A na pewno nie bengalskiego..
Ja się nie dzielę żarciem..
Ty mi tu nie fikaj..
................
No i gdzie masz miskę?
poniedziałek, 16 lipca 2012
Głosowanie!!!
W świetnym konkursie na "Śpiącego kota".
Super futrzaki każdej maści :)))
http://klubkotajasna8.blogspot.com/2012/07/gosowanie-gosowanie-gosowanie.html
Super futrzaki każdej maści :)))
http://klubkotajasna8.blogspot.com/2012/07/gosowanie-gosowanie-gosowanie.html
sobota, 14 lipca 2012
sobota, 9 czerwca 2012
Bulimia
Za Wikipedią "Bulimia (żarłoczność psychiczna; stgr. βουλῑμια, łac. būlīmia nervosa) – zaburzenie odżywiania charakteryzujące się napadami objadania się, po których występują zachowania kompensacyjne. Do najczęstszych zachowań należą: wywoływanie wymiotów..."
poniedziałek, 7 maja 2012
Budujemy dom dla kota :)
Jesień zeszłego roku to był czas zmian.
Zmieniłam pracę na zdecydowanie bardziej absorbującą. Ale, przede wszystkim, uruchomiliśmy projekt DOM.
Właśnie uruchomiliśmy, nie rozpoczeliśmy, bo rozpoczęcie było 6 lat temu jak zaczeliśmy szukać swojego kawałka ziemi.
Zmieniłam pracę na zdecydowanie bardziej absorbującą. Ale, przede wszystkim, uruchomiliśmy projekt DOM.
Właśnie uruchomiliśmy, nie rozpoczeliśmy, bo rozpoczęcie było 6 lat temu jak zaczeliśmy szukać swojego kawałka ziemi.
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
Wierzyć mi się nie chce..
Opisywałam wcześniej ataki Rudego, głównie na mnie.
Krwawe ataki, nie sprowokowane, nagłe.
To była główna przyczyna dla której zdecydowałam się zabrać go na zabieg.
Po zabiegu, wbrew moim oczekiwaniom, wiele się nie zmieniło, oprócz zapachu.
To prawda, że nawet jeśli koteczek nie znaczy terenu, to jeśli nie jest kotkiem wychodzącym powinno się go wykastrować. Zapach jest nie do ogarnięcia żadnymi środkami.
Ale agresja utrzymywała się na tym samym poziomie.
Podczas ataków wpadał w jakiś szał i nie mógł się uspokoić. Rzucał się na odsłonięte części mojego ciała, najczęściej przedramiona i szczęki zaciskały mu się mocno.
Rudek przyszedł do mnie chorutki, dobre pół roku dochodził do siebie, ciągle coś mu było.
Dlatego od początku dostawał karmę, którą dysponował mu wet, zawsze był to RC, albo suchy albo mokry, w różnych wydaniach, w zależności co akurat Rudemu było.
Potem dodawałam mu inne karmy, ale RC suchy zawsze w mieszankach był.
Kilka miesięcy temu zaczęłam go przestawiać na zdrowszą karmę, niezbyt mu się spodobało, a że dodawałam mu do suchego także RC, zdrową zostawiał, RC wyjadał.
Z dwa miesiące temu skończył mi się RC i została zdrowa karma, a ja jakoś nie pamiętałam żeby mu RC kupić, bo po sterylizacji kotunio przytył i nie muszę go namawiać do jedzenia, jak jest głodny to nawet zdrową karmę zje.
Jakoś przed świętami wpadł mi w oczy RC, zakupiłam, Rudy się ucieszył, wystawał cały czas przed szafką i żebrał o suche, co mu się normalnie nie zdarza.
Ale , do rzeczy.
Z dwa miesiące temu, ataki Rudego na mnie przestały być takie zajadłe.
Nie skończyły się, ale nie ma już takiej furii, Rudek się uspokoił, polowania kończą się pacnięciem mnie a nie szczęką w ramieniu.
Zrobił się bardziej miziasty, czasem nawet jak go ułożę na kolanach to zostaje, a nie zrywa się natychmiast na cztery łapy.
Tydzień temu furia pojawiła się na nowo.
Przedziwnym zbiegiem okoliczności wraz z powrotem RC..
Oczywiście karmę odstawiłam.
Ale.. Nie mogę w to uwierzyć..
Żeby reagował agresywnymi zachowaniami przez jakiś składnik karmy?
sobota, 7 kwietnia 2012
Spokojnych Świąt :)
Porządki zrobione, okna umyte, najlepszy sernik na świecie dochodzi w piekarniku, Rudy padł od ciągłego asystowania...
Spokojnych i rodzinnych Świąt Wam życzę. może jednak się rozpogodzi? Oby :)
Filmik z moim ukochanym kotem rysunkowy, w temacie świątecznym prawie :))
Źródło: Simon's Cat
Spokojnych i rodzinnych Świąt Wam życzę. może jednak się rozpogodzi? Oby :)
Filmik z moim ukochanym kotem rysunkowy, w temacie świątecznym prawie :))
Źródło: Simon's Cat
niedziela, 1 kwietnia 2012
Kot czy kura..
Zainspirowana postem Ani o furminatorze, zniechęcona toną rękawic i szczotek, które nie dawały rady wiosennemu futerku Rudego, natychmiast zakupiłam furminatorka w moim ulubionym sklepie internetowym i czekałam na przesyłkę.
Nie pokaże zdjęć tony futerka jaką wyczesaliśmy z Rudego, bo nasza metoda wykonania tej operacji nie pozostawia sierści na zewnątrz, ale muszę potwierdzić, że to działa!!!
Ponadto, Rudi jest UWAGA! wielbicielem furminatora.
Nie lubi szczotek, rękawic, furminatora kocha. W czasie furmirowania zachowuje się jak podczas miziania, wygina główkę, obraca się na grzbiecik, jedynie nie mruczy.
Nie wiem czy to kwestia modelu, mam inny niż Ani, taki dość wąski.
Ponadto po sesji z furminatorkiem przeczesuję jeszcze futerko rękawicą, bo zauważyłam że furminator narusza sierść, ale całej nie wyciąga na zewnątrz.
Wiadomo każdemu kociarzowi, że koty szaleją za przeróżnymi jadalnymi produktami.
Rudi, jak tylko zdejmę słonecznik z patelni nie opuszcza mnie ani na krok.
Rzuca się na słonecznik jak na pyszne mięsko, nie wiem co go tak napędza, bo nieprażony słonecznik nie robi na niego żadnego wrażenia.
Poniżej widać jak staram się racjonować mu przysmak.
Nie pokaże zdjęć tony futerka jaką wyczesaliśmy z Rudego, bo nasza metoda wykonania tej operacji nie pozostawia sierści na zewnątrz, ale muszę potwierdzić, że to działa!!!
Ponadto, Rudi jest UWAGA! wielbicielem furminatora.
Nie lubi szczotek, rękawic, furminatora kocha. W czasie furmirowania zachowuje się jak podczas miziania, wygina główkę, obraca się na grzbiecik, jedynie nie mruczy.
Nie wiem czy to kwestia modelu, mam inny niż Ani, taki dość wąski.
Ponadto po sesji z furminatorkiem przeczesuję jeszcze futerko rękawicą, bo zauważyłam że furminator narusza sierść, ale całej nie wyciąga na zewnątrz.
Wiadomo każdemu kociarzowi, że koty szaleją za przeróżnymi jadalnymi produktami.
Rudi, jak tylko zdejmę słonecznik z patelni nie opuszcza mnie ani na krok.
Rzuca się na słonecznik jak na pyszne mięsko, nie wiem co go tak napędza, bo nieprażony słonecznik nie robi na niego żadnego wrażenia.
Poniżej widać jak staram się racjonować mu przysmak.
sobota, 17 marca 2012
poniedziałek, 20 lutego 2012
Wiosna Panie Sierżancie...
Nic to, że mieliśmy ostatnio ostre mrozy i śniegu po kolana.
Natura wie kiedy się zacząć budzić.
Tak jest we Wrocławiu, a u Was?
Wczoraj Luby zrobił zarąbisty rosołek, a w nim plasterek wołowinki dla Rudiego.
Luby pięknie ją pokroił i dodał odrobinę marchewki.
Wczoraj zaserwowałam danie Rudiemu a on oczywiście wzgardził :))
Potraktował posiłek jako coś dziwacznego i nie chciał nawet podejść do miseczki.
Jako, że z plastra było na kilka posiłków stwierdziłam, że my nie wzgardzimy i chciałam dziś dodać do zupy, w tym celu wyciągnęłam miseczkę z lodówki, położyłam widelec i poszłam odebrać telefon.
Jak wróciłam zobaczyłam tylko rudy ogon i to..
wyjedzone dookoła widelca, biedak nie zdążył się go pozbyć przed moim powrotem :)
Zobaczcie koniecznie filmik, ja uśmiałam się do łez :)
Dla tych co bukwów ruskich nie znaju tytuł brzmi: "pogłaszcz kota no pogłaszcz"
Natura wie kiedy się zacząć budzić.
Tak jest we Wrocławiu, a u Was?
Wczoraj Luby zrobił zarąbisty rosołek, a w nim plasterek wołowinki dla Rudiego.
Luby pięknie ją pokroił i dodał odrobinę marchewki.
Wczoraj zaserwowałam danie Rudiemu a on oczywiście wzgardził :))
Potraktował posiłek jako coś dziwacznego i nie chciał nawet podejść do miseczki.
Jako, że z plastra było na kilka posiłków stwierdziłam, że my nie wzgardzimy i chciałam dziś dodać do zupy, w tym celu wyciągnęłam miseczkę z lodówki, położyłam widelec i poszłam odebrać telefon.
Jak wróciłam zobaczyłam tylko rudy ogon i to..
wyjedzone dookoła widelca, biedak nie zdążył się go pozbyć przed moim powrotem :)
Zobaczcie koniecznie filmik, ja uśmiałam się do łez :)
Dla tych co bukwów ruskich nie znaju tytuł brzmi: "pogłaszcz kota no pogłaszcz"
niedziela, 19 lutego 2012
Wyciągnęłam sobie kocyk..
chora jestem, ciepełka potrzebuję.
Poszłam po herbatkę do kompletu i co zobaczyłam jak wróciłam?
A potem było tak:
Nie pozostało mi nic innego jak pomiziać złodzieja
Wasze koty też szaleją jak śnieg pada próbując łapać płatki?
Co do Rudiego, to zwrócił ostatnio całą zawartość żołądka na moje kable komputerowe i jakby mu ulżyło.
Sierść wciąż zmierzwiona ale mniej. Wet nie ma pomysłu co to.
Poszłam po herbatkę do kompletu i co zobaczyłam jak wróciłam?
A potem było tak:
Nie pozostało mi nic innego jak pomiziać złodzieja
Wasze koty też szaleją jak śnieg pada próbując łapać płatki?
Co do Rudiego, to zwrócił ostatnio całą zawartość żołądka na moje kable komputerowe i jakby mu ulżyło.
Sierść wciąż zmierzwiona ale mniej. Wet nie ma pomysłu co to.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Zagadka - ile śpiącego kota zmieści się na ciepłym laptopie?
Jeśli jedna ręka przytrzymuje 1/8 kota...
Druga ugina się pod spasioną częścią tylną, około 2/5 kota..
To ile kota leży na gorącym laptopie?
To zdjęcie poglądowe do zagadki, na mnie proszę nie patrzeć :)
.
Właśnie byłam u weta po wyniki siu.. (prawie w kapciach, blok dalej) i kamień z serca, wyniki w porządku.
Zagadka zmierzwionego sierściucha nie rozwiązana, wet zażyczył sobie zobaczyć Rudola, więc jutro go zestresują w prezencie Walentynkowym :).
Wiem, jestem przewrażliwiona, ale lepiej dmuchać na zimne :)
Dzisiaj rocznica, dokładnie roczek od przyjazdu Kacperka :) do nas.
Pozwoliłam sobie pobrać zdjęcia rudaska z forum kiedy to poszukiwał domu.
Żródło: dogomania.pl, autorka: Budrysek - prawdopodobnie
Mam nadzieje, że nikt nie będzie miał do mnie pretensji, że je przygarnęłam :)
Druga ugina się pod spasioną częścią tylną, około 2/5 kota..
To ile kota leży na gorącym laptopie?
.
Właśnie byłam u weta po wyniki siu.. (prawie w kapciach, blok dalej) i kamień z serca, wyniki w porządku.
Zagadka zmierzwionego sierściucha nie rozwiązana, wet zażyczył sobie zobaczyć Rudola, więc jutro go zestresują w prezencie Walentynkowym :).
Wiem, jestem przewrażliwiona, ale lepiej dmuchać na zimne :)
Dzisiaj rocznica, dokładnie roczek od przyjazdu Kacperka :) do nas.
Pozwoliłam sobie pobrać zdjęcia rudaska z forum kiedy to poszukiwał domu.
Żródło: dogomania.pl, autorka: Budrysek - prawdopodobnie
Mam nadzieje, że nikt nie będzie miał do mnie pretensji, że je przygarnęłam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































