Wstałam o szóstej żeby nakarmić kociaki i zobaczyć co u Zosi.
No i zobaczyłam..
Oczko tak zaropiałe, że aż zaklejone, nosek przyczerniony.
Już przerabiałyśmy to z Zochą dwa razy w zeszłym roku, wcześniej nie wiedziałam co to. Co prawda leczenie trwało długo, ale z sukcesem - ona za nic nie chciała do domu wejść, więc mogłam jedynie ją dobrze karmić i podawać tabletki w karmie.
Ale teraz?
Dopiero po zabiegu, na czternastodniowym antybiotyku osłonie koci katar??
Jeden koteczek i tyle na raz..
Coś za coś, Zocha z powrotem jest miziasta, siedzę sobie przy otwartej klatce i miziam.. i miziam kociołka..
A moje dwa pod drzwiami śpiewają serenady..
Bo jak to drzwi przed nimi zamknięte?? A ja za drzwiami?? Co ja tam robię??
Nie no, czują Zochę.. I czują że jest chora.. To widać.
Rudi i Pizdryczek byli szczepieni przeciw kk pod koniec zeszłego roku, ale wzięłam ich do weta na odnowienie.
Potwierdził, że jest bardzo prawdopodobne, że przy zdjęciu szwów zrobi kastrację (czemu oni zawsze poprawiają mnie, że sterylkę, jak ja kastrację chcę?), ale to jak Zochę będzie miał na stole to zdecyduje.
Nalegałam na dodatkowy antybiotyk na koci katar, choć on stwierdził, że zasadniczo ten co dostała w niedzielę przy szyciu powinien wystarczyć.
Jak?? Przecież ledwie 6 dni po szyciu ona ma koci katar?
Ale dostałam tabletki i będę podawać.
Zocha przez chwilę miała nawet apetyt, ale już jej przeszło. Za dużo na tę małą babeczkę..
sobota, 6 września 2014
piątek, 5 września 2014
Dzień 7 - czy to normalne?
Dziś rano po wstaniu odwiedziłam Zochę.
Jest w jedynym pokoju osobnym, zamykanym i w klatce.
Zastałam niezły kipisz.
Była w kuwetce i próbowała zakopać nr 2. Nr 1 był ogromny :).
Cała klatka i pokój wypełnione były żwirkiem.
Próbowałam ogarnąć to zamieszanie przed pracą, jakoś ciężko mi szło i szło..
Na koniec leżąca w kontenerku Kota zaczęła traktorzyć.
Ona ma traktorek cudowny.. Taki głęboki.. Podziękowanie za wołowinkę jak myślę..
Ale..
No właśnie. Ale - dotyczy śladów różowych na podkładzie, z rany zapewnie.
Tylko czy piątego dnia po zszyciu to normalne??
Sporo tych śladów..
Jest w jedynym pokoju osobnym, zamykanym i w klatce.
Zastałam niezły kipisz.
Była w kuwetce i próbowała zakopać nr 2. Nr 1 był ogromny :).
Cała klatka i pokój wypełnione były żwirkiem.
Próbowałam ogarnąć to zamieszanie przed pracą, jakoś ciężko mi szło i szło..
Na koniec leżąca w kontenerku Kota zaczęła traktorzyć.
Ona ma traktorek cudowny.. Taki głęboki.. Podziękowanie za wołowinkę jak myślę..
Ale..
No właśnie. Ale - dotyczy śladów różowych na podkładzie, z rany zapewnie.
Tylko czy piątego dnia po zszyciu to normalne??
Sporo tych śladów..
środa, 3 września 2014
Dzień piąty.. Bo z kotem trzeba gadać..
Wczoraj padłam..
Rano, przed pracą usiłowałam zachęcić Zochę do jedzenia.
Ciepłe mleczko dla kociąt, rosołek z kurczakiem, ulubione chrupki.
Nic, leżała w tej samej pozycji od niedzieli, wciśnięta w kontenerek.
Ani jeść, ani pić, ani się ruszyć.
Kuwetka też nie używana.
Wieczorem, jak wróciłam z pracy, wywaliłam jedzenie z rana, podgrzałam mleko dla kociąt coby pachniało i ruszyłam do Zosi.
Wcześniej Luby zdjął górną część kontenerka żeby był do koty dostęp.
Na klęczkach :) zaczęłam rozmawiać do Zochy, tak jak co dzień na dworze. Mała, trzęsąca się bida z nędzą w kołnierzu, wydawało się cały czas że mnie nie poznaje.
Po chwili zaczęłam jej to mleko podawać strzykawką cały czas gadając.
Początkowo nie chciała się nawet oblizać, mleko spływało po kołnierzu na podkład, ale w końcu liznęła.
Raz, drugi, trzeci..
Wpakowałam jej pół strzykawki mleka i tak po godzinie tych pogaduszek przy mleczku Zośce błysnęło w oku, zmieniła dwudniową pozycję na inną..
Potem próbowałam jeszcze podać jej mleka, ale już współpracy nie było, więc zostawiłam jej w miseczce.
Wyobraźcie sobie moją radość dziś rano jak po raz pierwszy od trzech dni zobaczyłam pustą miseczkę po mleku i kilka chrupek mniej!
Radość!!
Cały czas w transporterku, ale już wstaje - jak nikogo nie ma w pokoju - teraz po powrocie z pracy znów kilka chrupek mniej i wychłeptane mleczko.
Cztery łapki były w kuwetce, ale jednak nic nie zostawiły niestety..
Ale progres jest, wreszcie..
Przyniosłam jej świeżej wołowinki, zostawiłam i za chwilę pójdę zobaczyć czy się skusiła.
Jedz maleńka, jedz!
P.S. Wołowinka smakowała!
Rano, przed pracą usiłowałam zachęcić Zochę do jedzenia.
Ciepłe mleczko dla kociąt, rosołek z kurczakiem, ulubione chrupki.
Nic, leżała w tej samej pozycji od niedzieli, wciśnięta w kontenerek.
Ani jeść, ani pić, ani się ruszyć.
Kuwetka też nie używana.
Wieczorem, jak wróciłam z pracy, wywaliłam jedzenie z rana, podgrzałam mleko dla kociąt coby pachniało i ruszyłam do Zosi.
Wcześniej Luby zdjął górną część kontenerka żeby był do koty dostęp.
Na klęczkach :) zaczęłam rozmawiać do Zochy, tak jak co dzień na dworze. Mała, trzęsąca się bida z nędzą w kołnierzu, wydawało się cały czas że mnie nie poznaje.
Po chwili zaczęłam jej to mleko podawać strzykawką cały czas gadając.
Początkowo nie chciała się nawet oblizać, mleko spływało po kołnierzu na podkład, ale w końcu liznęła.
Raz, drugi, trzeci..
Wpakowałam jej pół strzykawki mleka i tak po godzinie tych pogaduszek przy mleczku Zośce błysnęło w oku, zmieniła dwudniową pozycję na inną..
Potem próbowałam jeszcze podać jej mleka, ale już współpracy nie było, więc zostawiłam jej w miseczce.
Wyobraźcie sobie moją radość dziś rano jak po raz pierwszy od trzech dni zobaczyłam pustą miseczkę po mleku i kilka chrupek mniej!
Radość!!
Cały czas w transporterku, ale już wstaje - jak nikogo nie ma w pokoju - teraz po powrocie z pracy znów kilka chrupek mniej i wychłeptane mleczko.
Cztery łapki były w kuwetce, ale jednak nic nie zostawiły niestety..
Ale progres jest, wreszcie..
Przyniosłam jej świeżej wołowinki, zostawiłam i za chwilę pójdę zobaczyć czy się skusiła.
Jedz maleńka, jedz!
P.S. Wołowinka smakowała!
poniedziałek, 1 września 2014
Wieści z frontu - szpitalnego..
Ktoś by mógł pomyśleć, że jak już dojrzałam ranę, złapałam kotka, kotek poskładany...
Leży w ciepłym domku gdzie mu wołowinki i kurczaczka nie braknie...
Tylko, e koteczek nic a nic nie chce..
Ale to nic a nic się nie poruszył od 27 godzin..
Masakra jakaś..
Ugotowałam kurczaczkowe piersiątka, podałam rosołek z mięskiem, ulubione chrupeczki..
I nic..
Kocia wciśnięta w transporter..
Nie je, nie pije, nie wydala..
A ja się denerwuję..
Bo rozcięła sobie dużo.. I poskładanej trzeba dostarczyć różnych pysznych które ma..
Tylko nie je..
Się zaraz rozpłaczę...
Jutro już wolnego nie dostanę..
Zosieńko, obudź się z tego letargu!!!!!!!!!!!!!!
Leży w ciepłym domku gdzie mu wołowinki i kurczaczka nie braknie...
Tylko, e koteczek nic a nic nie chce..
Ale to nic a nic się nie poruszył od 27 godzin..
Masakra jakaś..
Ugotowałam kurczaczkowe piersiątka, podałam rosołek z mięskiem, ulubione chrupeczki..
I nic..
Kocia wciśnięta w transporter..
Nie je, nie pije, nie wydala..
A ja się denerwuję..
Bo rozcięła sobie dużo.. I poskładanej trzeba dostarczyć różnych pysznych które ma..
Tylko nie je..
Się zaraz rozpłaczę...
Jutro już wolnego nie dostanę..
Zosieńko, obudź się z tego letargu!!!!!!!!!!!!!!
niedziela, 31 sierpnia 2014
Straszne rzeczy 2 - dobre wieści
Wykończą mnie te koty kiedyś.
Wczorajszą dzień mnie rozstroił nerwowo, noc spędziłam co chwilę z latarką - na polu ciemno jak ... - sprawdzając przed drzwiami łapkę, rano też i w końcu po dziesiątej usłyszałam charakterystyczny dźwięk zapadki.
Oczywiście siedziała w klatce Zocha miałcząc żałośnie. Bardzo ładnie przeszła fucząc i prychając do kontenerka, no, dzięki mnie prawie by wyszła, ale Luby uratował sytuację.
Panikara jestem.. Przyznaję się bez bicia..
Ten jej miałk to z takich wysokiego tonu, świdrujących czaszkę. Towarzyszył nam przez całą drogę z dzikiej dziczy do dyżurującej kliniki w mieście.
Rany po kocich pazurach robią się jakby same, nic ich nie czuć, tylko nagle tryska krew nie wiadomo skąd.
Wczoraj po tej idiotycznej próbie łapanki Zochy bez sprzętu mam straszne rany po pazurach, biedny Wet na dyżurze przyjmujący Zochę zapamięta zęby koteczka na zawsze.
A uprzedzałam..
Uprzedzałam, że koteczka nieduża a żywotna bardzo, nieznosząca przymusu.
Wet wziął transporterek do zamkniętego pomieszczenia na zapleczu..
I się zaczęło..
Biedna, przerażona do granic Zocha zrobiła totalną demolkę, skakała po kątach, półkach zrzucając wszystko. Wet dwoił się i troił a ja za drzwiami przerażona co z koteczki zostało czekałam..
Wylała denaturat i się w nim wytaplała.
Co robią weci denaturatem??
W końcu umęczony Wet wrócił z ugryzieniem palca przez paznokieć, lewej ręki na szczęście, ale udało mu się dać zastrzyk Zosi.
Silna z niej babka. Wet mówi, że takiego dzikusa jeszcze nie widział..
Poprosiłam go żeby się Zochą dobrze zajął, on przyrzekł, że nie ma do niej urazu o rozwalonego palca, upewniłam się dwa razy, że da sobie radę - obiecał, że da..
Zadzwonił półtorej godziny później, że Zosia poskładana, założył jej kołnierz, pokazał mi ranę..
Faktycznie, tak jak widziałam, oderwała sobie kawał skóry, Wet mówił, że bardzo proste cięcie, czyli moja teoria o zahaczeniu na płocie jak najbardziej prawdopodobnA.
Przyszło mi do głowy na koniec, że dobrze byłoby pazurki jej przyciąć, żeby miała mniejszą możliwość się rozdrapać, kocia wciąż spała więc można było.
No i Zocha znów dała próbę swoich możliwości..
Uśpiona nagle wyrwała się Wetowi i Lubemu - dwóm dobrze zbudowanym chłopom - i poleciała na koniec gabinetu.
Ale Wet ją złapał fachowo, Luby pomógł i pazurki poszły precz.
Wet zdecydowanie miał dość przygody z Zochą, i tak był dzielny.
Swoją drogą, gdyby się złapała wczoraj, pojechałabym do swojego Weta i ani nie byłoby takich cyrków, ani nie straciłabym majątku za dyżur niedzielny.
Jestem zadowolona, że Kocia zreperowana siedzi w klatce. Łomatko jak bardzo jestem zadowolona..
Klatce którą pomogła zdobyć Gosia Wrocławianka - jej i Kamili z PRZYGARNIJ KOTA - serdeczne dziękuję!
Ewung też serdeczne dzięki za pomoc :)
Łomatko.. Zmęczona jestem jakbym 12h pracowała jako górnik dołowy.
Kciuki nadal potrzebne!
Bardzo dziękuję za dotychczasowe, przydały się bardzo.
Mam plan.
Za dwa tygodnie ściąganie szwów. Musi być w znieczuleniu, inaczej Zocha nie pozwoli, więc planuję sterylkę..
Łącznie miesiąc w klatce, kurczę, czy Zocha da radę?
No i w ogóle co będzie jak dojdzie do siebie po znieczuleniu a tu kołnierz i klatka i zamknięcie w domu naraz????
Bądźcie ze mną proszę bo się boję..
Wczorajszą dzień mnie rozstroił nerwowo, noc spędziłam co chwilę z latarką - na polu ciemno jak ... - sprawdzając przed drzwiami łapkę, rano też i w końcu po dziesiątej usłyszałam charakterystyczny dźwięk zapadki.
Oczywiście siedziała w klatce Zocha miałcząc żałośnie. Bardzo ładnie przeszła fucząc i prychając do kontenerka, no, dzięki mnie prawie by wyszła, ale Luby uratował sytuację.
Panikara jestem.. Przyznaję się bez bicia..
Ten jej miałk to z takich wysokiego tonu, świdrujących czaszkę. Towarzyszył nam przez całą drogę z dzikiej dziczy do dyżurującej kliniki w mieście.
Rany po kocich pazurach robią się jakby same, nic ich nie czuć, tylko nagle tryska krew nie wiadomo skąd.
Wczoraj po tej idiotycznej próbie łapanki Zochy bez sprzętu mam straszne rany po pazurach, biedny Wet na dyżurze przyjmujący Zochę zapamięta zęby koteczka na zawsze.
A uprzedzałam..
Uprzedzałam, że koteczka nieduża a żywotna bardzo, nieznosząca przymusu.
Wet wziął transporterek do zamkniętego pomieszczenia na zapleczu..
I się zaczęło..
Biedna, przerażona do granic Zocha zrobiła totalną demolkę, skakała po kątach, półkach zrzucając wszystko. Wet dwoił się i troił a ja za drzwiami przerażona co z koteczki zostało czekałam..
Wylała denaturat i się w nim wytaplała.
Co robią weci denaturatem??
W końcu umęczony Wet wrócił z ugryzieniem palca przez paznokieć, lewej ręki na szczęście, ale udało mu się dać zastrzyk Zosi.
Silna z niej babka. Wet mówi, że takiego dzikusa jeszcze nie widział..
Poprosiłam go żeby się Zochą dobrze zajął, on przyrzekł, że nie ma do niej urazu o rozwalonego palca, upewniłam się dwa razy, że da sobie radę - obiecał, że da..
Zadzwonił półtorej godziny później, że Zosia poskładana, założył jej kołnierz, pokazał mi ranę..
Faktycznie, tak jak widziałam, oderwała sobie kawał skóry, Wet mówił, że bardzo proste cięcie, czyli moja teoria o zahaczeniu na płocie jak najbardziej prawdopodobnA.
Przyszło mi do głowy na koniec, że dobrze byłoby pazurki jej przyciąć, żeby miała mniejszą możliwość się rozdrapać, kocia wciąż spała więc można było.
No i Zocha znów dała próbę swoich możliwości..
Uśpiona nagle wyrwała się Wetowi i Lubemu - dwóm dobrze zbudowanym chłopom - i poleciała na koniec gabinetu.
Ale Wet ją złapał fachowo, Luby pomógł i pazurki poszły precz.
Wet zdecydowanie miał dość przygody z Zochą, i tak był dzielny.
Swoją drogą, gdyby się złapała wczoraj, pojechałabym do swojego Weta i ani nie byłoby takich cyrków, ani nie straciłabym majątku za dyżur niedzielny.
Jestem zadowolona, że Kocia zreperowana siedzi w klatce. Łomatko jak bardzo jestem zadowolona..
Klatce którą pomogła zdobyć Gosia Wrocławianka - jej i Kamili z PRZYGARNIJ KOTA - serdeczne dziękuję!
Ewung też serdeczne dzięki za pomoc :)
Łomatko.. Zmęczona jestem jakbym 12h pracowała jako górnik dołowy.
Kciuki nadal potrzebne!
Bardzo dziękuję za dotychczasowe, przydały się bardzo.
Mam plan.
Za dwa tygodnie ściąganie szwów. Musi być w znieczuleniu, inaczej Zocha nie pozwoli, więc planuję sterylkę..
Łącznie miesiąc w klatce, kurczę, czy Zocha da radę?
No i w ogóle co będzie jak dojdzie do siebie po znieczuleniu a tu kołnierz i klatka i zamknięcie w domu naraz????
Bądźcie ze mną proszę bo się boję..
sobota, 30 sierpnia 2014
Straszne rzeczy w dzikiej dziczy..
Zocha, Zosieńka, Kocia..
Dla przypomnienia, chuchro które dojrzałam w naszym śmietniku w maju zeszłego roku, które zaczęłam dokarmiać, które przyniosło mi pięć kociaków z których to pięciu ocalał Pizdryczek. Kocia, która jest niesamowicie łowna - myszki, nornice i inne z naszego ogrodu, nisamowicie mądra i niesamowicie miziasta z jakąś traumą "nie wejdę do domu.. nie zamykaj drzwi.. aaaaaaaaa"
Przychodzi na jedzonko i obowiązkową sesję miziankową.
Kocia dziś przyszła jak zwykle rano, pracowałam z facetem w garażo-ogrodzie, miałkała jak zwykle kiedy chce jeść i się miziać, jeść miała nasypane, miziać nie miałam jak..
W przerwie podeszłam do niej i zobaczyłam, że ma coś dziwnego na tylnim podwoziu.
Straszna rana, oderwany kawał skóry.. Tyle zdążyłam dojrzeć, bo Zocha przychodzi się miziać, ale jest kotem - wolnożyjącym, co oznacza ciągłą czujność i ciągłą gotowość do natychmiastowej ucieczki..
Jak zobaczyłam ranę natychmiast rzuciłam się po transporterek.
Ale...
Ale ja nie umiem łapać kotów, nigdy nie łapałam..
No i akcja zakończyła się fiaskiem.. Zocha uciekła, a ja mam poharataną prawą rękę..
Nie, nie pogryzła mnie, próbowała uciec i pazury mi się odbiły mocno.
To było przed południem, zrozpaczona rzuciłam się na telefon szukając wolnej klatki łapki, jedna miła Pani z fundacji użyczyła mi i wieczorem zamontowałam z nadzieją, że jeszcze dziś pojedziemy poskładać kotę.
Taaa...
Plany to ja mogę mieć..
A życie i kota swoje..
Zocha co prawda wróciła, uciekła na mój widok jak nigdy, a do łapki weszła jak byłam w domu, wyjadła chrupki i poszła. Zapadki nie uruchamiając, a ćwiczyłam zapadkę ze dwadzieścia razy!
Grrr...
Denerwuję się jej stanem, bo ona nie wiadomo gdzie nocuje, w wybudowanym dla niej domku przed domem jedynie wygrzewa się na dachu, gdzieś we wsi jest.
Nie dziwię się, tu na polu fajnie nie jest w nocy..
No a ja nie zasnę..
Trzymajcie kciuki, żeby się złapała, proszę...
środa, 6 sierpnia 2014
Gusta i guściki..
Upiekłam sobie kolejny chlebek bezglutenowy i bułeczki pszenne dla Mena. Kolejny, bo cały czas eksperymentuję z różnymi mieszankami mąk, które przeważnie sama sobie miele w starym młynku do kawy, ciężko zastąpić gluten. Bezglutenowe pieczywo to zupełnie inna struktura, zapach, smak, więc testuję i mam nadzieję na lepszy smak.
O przedziwnych ulubionych przysmakach Rudiego już kiedyś pisałam, ale Rudek jest też fanem świeżego pieczywa. Bułki, chlebki, pączusie i ciasta - wszystko to muszę chować do szuflady, bo ten zagorzały fan włamuje się do toreb, chlebaków żeby tylko sobie popróbować. Byłam przekonana, że chodzi o pszenicę, ale nie, do moich bezpszenicznych chlebków Rudi dobiera się również.
Czy to nie dziwne?
Jakie są przysmaki Waszych futrzastych?
wtorek, 5 sierpnia 2014
sobota, 2 sierpnia 2014
Haker
Filmik o tym co się dzieje jak Rudy jest po nieodpowiedniej stronie drzwi.
Przy półeczce kominkowej jest sterowanie roletą, Rudi wpierw próbuje sobie włączyć a jak się nie udaje to łapie za klamkę.
Pizdryczek chcą wyjść po prostu się drze do mnie, ale kiedyś jak się zbiorą to zdemontują to okno tarasowe, strach się bać..
Przy półeczce kominkowej jest sterowanie roletą, Rudi wpierw próbuje sobie włączyć a jak się nie udaje to łapie za klamkę.
Pizdryczek chcą wyjść po prostu się drze do mnie, ale kiedyś jak się zbiorą to zdemontują to okno tarasowe, strach się bać..
Urzeczywistniony horror kociarza - czyli jak zepsuć sobie urlop cz. II
Jak każdemu kociarzowi wiadomo, futrzak najważniejszy jest.
Więc jak kociarzowi coś się stanie, kociołki pomagają jak mogą.
A jeśli kociołkom coś? To właśnie horror kociarza........
Dom z ogrodem? Czyli oba kocioły chcą wychodzić, najlepiej być ciągle na dworze..
Wiadomo, że tak się nie da, ale od czego weekendy?
No to spacer przed południowy, no jak najbardziej.
Czekałam aż mój men wstanie, bo dwa kocioły to dwóch ludzi na spacerze, trzymam się tego jak głupia jakoś, bo po nocach mi się śni, że Młody ginie w otchłani chaszczy.
Niby to otwarcie drzwi werandy i wypuszczenie futrzaków..
Nic bardziej mylnego.
Ogród to nie obóz, Zocha sobie tu wychodzi/wychodzi kiedy chce, zresztą nie tylko ona..
Inne koty też, no bo jak zatrzymać?
No to nasze dwa wariaty też.
Rudiego znam, wiem na co go stać, potrafi nagle wstać i pognać kota, ale Pizdryczek młoda krew w ogóle nie wiadomo co się po nim spodziewać.
No i znów..
Stało się..
Siedziałam z nimi i menem na ogrodzie z godzinę, potem mena poprosiłam żeby popilnował futrzaków, bo stwierdził, że na tarasie grilla zrobi.
No i Pizdryczek w domu był, bo zmęczył go upał i nagle w jednej chwili go nie było..
Przeszukałam każde pomieszczenie z pięć razy, zaczęłam szukać poza ogrodzeniem, ale tu pole porośnięte chaszczami wyższymi niż ja, czyli ponad 170cm, co gdzie szukać jak nie widać?
Men się zarzekał, że koteczek w domu..
A gdzie jak go nie ma????!!!!!!!
Płacząć już, wzięłam opakowanie z chrupkami i zaczęłam chodzić nawołując dookoła działki.
Tu kilka hektarów tych chaszczy... Nic mądrzejszego mi nie wpadło do głowy.
Men został na ogrodzie patrząc dookoła.
Po półgodzinie moich zmagań w gąszczach men zawołał mnie, że widział Pizdryczka w gąszczu.
Na to ustawiłam się w tym miejscu kiciając i Pizdryjakąc...
Noga uszkodzona mi niestety zachowywała się niedobrze, gąszcz jej szkodził, nerwy też, klęczenie w ponad 30% upale także...
Ale usłyszałam w trakcie jak miałknął, znaczy nie uciekł, więc kiciałam i Pizdrykałam i potrząsałam chrupkami........
Men na działce i Rudi, który reagował cały czas miałkiem na chrupki w moich rękach w końcu wywabił Małego z zarośli.
Ja nie zdążyłam dostać zawału..
Chwyciłam Pizdryczka jak się do chrupek zbliżył, obeszłam całą posiadłość żeby do niej wejść i tak zniewoliłam drugi raz Małego......
Łomatko.................
Więc jak kociarzowi coś się stanie, kociołki pomagają jak mogą.
A jeśli kociołkom coś? To właśnie horror kociarza........
Dom z ogrodem? Czyli oba kocioły chcą wychodzić, najlepiej być ciągle na dworze..
Wiadomo, że tak się nie da, ale od czego weekendy?
No to spacer przed południowy, no jak najbardziej.
Czekałam aż mój men wstanie, bo dwa kocioły to dwóch ludzi na spacerze, trzymam się tego jak głupia jakoś, bo po nocach mi się śni, że Młody ginie w otchłani chaszczy.
Niby to otwarcie drzwi werandy i wypuszczenie futrzaków..
Nic bardziej mylnego.
Ogród to nie obóz, Zocha sobie tu wychodzi/wychodzi kiedy chce, zresztą nie tylko ona..
Inne koty też, no bo jak zatrzymać?
No to nasze dwa wariaty też.
Rudiego znam, wiem na co go stać, potrafi nagle wstać i pognać kota, ale Pizdryczek młoda krew w ogóle nie wiadomo co się po nim spodziewać.
No i znów..
Stało się..
Siedziałam z nimi i menem na ogrodzie z godzinę, potem mena poprosiłam żeby popilnował futrzaków, bo stwierdził, że na tarasie grilla zrobi.
No i Pizdryczek w domu był, bo zmęczył go upał i nagle w jednej chwili go nie było..
Przeszukałam każde pomieszczenie z pięć razy, zaczęłam szukać poza ogrodzeniem, ale tu pole porośnięte chaszczami wyższymi niż ja, czyli ponad 170cm, co gdzie szukać jak nie widać?
Men się zarzekał, że koteczek w domu..
A gdzie jak go nie ma????!!!!!!!
Płacząć już, wzięłam opakowanie z chrupkami i zaczęłam chodzić nawołując dookoła działki.
Tu kilka hektarów tych chaszczy... Nic mądrzejszego mi nie wpadło do głowy.
Men został na ogrodzie patrząc dookoła.
Po półgodzinie moich zmagań w gąszczach men zawołał mnie, że widział Pizdryczka w gąszczu.
Na to ustawiłam się w tym miejscu kiciając i Pizdryjakąc...
Noga uszkodzona mi niestety zachowywała się niedobrze, gąszcz jej szkodził, nerwy też, klęczenie w ponad 30% upale także...
Ale usłyszałam w trakcie jak miałknął, znaczy nie uciekł, więc kiciałam i Pizdrykałam i potrząsałam chrupkami........
Men na działce i Rudi, który reagował cały czas miałkiem na chrupki w moich rękach w końcu wywabił Małego z zarośli.
Ja nie zdążyłam dostać zawału..
Chwyciłam Pizdryczka jak się do chrupek zbliżył, obeszłam całą posiadłość żeby do niej wejść i tak zniewoliłam drugi raz Małego......
Łomatko.................
czwartek, 31 lipca 2014
Jak zepsuć sobie urlop?
Wywalczyłam trochę urlopu, z szefową walczyłam bo puścić nie chciała, a ja stwierdziłam, że mam dość i kropka.
Poszłam sobie pojeździć na rowerze, musiałam inną trasa niż zwykle bo mi dojazd zrujnowali no i się stało.
Się wywaliłam na tym rowerze na zakręcie,w żwir, a co, bo przecież trawa pół metra dalej, zrujnowałam sobie nogę i łokieć i jestem totalnie nieruchoma..
Przyjechałam brudna i zakrwawiona do domu i ta ruda szelma moja mnie totalnie zaskoczyła.
Podszedł, obwąchał mnie i zaczął lizać. Po nodze i po ręce, tych zmasakrowanych.
No słodycz, a w życiu bym go nie posądzała.
A potem przyszedł i mrucząc uwalił się na mnie...
Ale z kolanem to nie wiem co zrobić, zmasakrowane jest po całości, wysycham je bez opatrunku bo inaczej chodzić się nie da.
Apteka oddalona 20 km, więc nie pojadę bo nie mam czym, mogę coś zamówić ale co?
Takie chyba jakieś fioletowe kiedyś się rany smarowało dzieciom?
Poszłam sobie pojeździć na rowerze, musiałam inną trasa niż zwykle bo mi dojazd zrujnowali no i się stało.
Się wywaliłam na tym rowerze na zakręcie,w żwir, a co, bo przecież trawa pół metra dalej, zrujnowałam sobie nogę i łokieć i jestem totalnie nieruchoma..
Przyjechałam brudna i zakrwawiona do domu i ta ruda szelma moja mnie totalnie zaskoczyła.
Podszedł, obwąchał mnie i zaczął lizać. Po nodze i po ręce, tych zmasakrowanych.
No słodycz, a w życiu bym go nie posądzała.
A potem przyszedł i mrucząc uwalił się na mnie...
Ale z kolanem to nie wiem co zrobić, zmasakrowane jest po całości, wysycham je bez opatrunku bo inaczej chodzić się nie da.
Apteka oddalona 20 km, więc nie pojadę bo nie mam czym, mogę coś zamówić ale co?
Takie chyba jakieś fioletowe kiedyś się rany smarowało dzieciom?
niedziela, 13 lipca 2014
Haker..
Pizdryk i Rudi lubią wychodzić na zewnątrz.
Miałam nadzieję, że Pizdryczek nie załapie bakcyla, ale niestety teraz mam dwa wyjące koty, które uspokajają się dopiero jak uchylam drzwi na werandę.
Rudy jako kot bardzo inteligentny usiłuje sam się wypuścić.
Na filmiku poniżej wpierw hakuje przyciski do sterowania rolety, potem próbuje sobie otworzyć drzwi.
A co :).
Niestety nie mam na telefonie opcji umieszczenia fimu, poniżej link na youtube
http://youtu.be/nRj0GNrk90c
Miałam nadzieję, że Pizdryczek nie załapie bakcyla, ale niestety teraz mam dwa wyjące koty, które uspokajają się dopiero jak uchylam drzwi na werandę.
Rudy jako kot bardzo inteligentny usiłuje sam się wypuścić.
Na filmiku poniżej wpierw hakuje przyciski do sterowania rolety, potem próbuje sobie otworzyć drzwi.
A co :).
Niestety nie mam na telefonie opcji umieszczenia fimu, poniżej link na youtube
http://youtu.be/nRj0GNrk90c
sobota, 31 maja 2014
Się stało nie samo..
Pizdrczek ma prawie rok.
Odkładałam nieuniknione bo boję się znieczuleń całkowitych jak ognia.
Wczoraj zawieźliśmy chłopaka do miasta, bo w dzikiej dziczy oczywiście weta nie ma.
No i zawieźliśmy do jedynego weta, któremu ufam po przebojach z Rudym.
Po wybudzeniu wyglądał nawet nieźle, ale jak wróciliśmy do domu zaczął wymiotować.
Raz za razem, przez 40 minut.
A był na czczo oczywiście.
Przerażona dzwoniłam do weta co chwilę, było już późno, lecznica zamknięta, ale mój wet zaproponował żebyśmy spotkali się jednak.
Po tym telefonie jak zaczęłam z powrotem przygotowywać kontenerek wymioty ustały.
Biedak był wycieńczony, więc zaniechałam powtórnej, dalekiej wizyty.
Noc spędziłam na kanapie pilnując małego wędrowca na rozchwianych nóżkach.
Ale już jest lepiej.
Rano Rudy biedaka wylizywał, czego Pizdryczek nie znosi zupełnie, bo to niemęskie chyba :)). Pizdryczek i tym razem, choć osłabiony, nie zniósł i zmienił miejsce.
-Przy okazji zrobiłam brunecikowi badania. B wardzo ucieszyły mnie wyniki, choć odwodnienie zastanawia.
Dziś starałam się dać mu jak najwięcej mokrego, młody nie pije wody niestety, a lubi chrupki.
I jak tu nawodnić oporniaka?
Woda w miseczkach rozstawiona w całym domu, cieknącej wody się boi, rosołku nie pija, mokrej karmy unika...
Odkładałam nieuniknione bo boję się znieczuleń całkowitych jak ognia.
Wczoraj zawieźliśmy chłopaka do miasta, bo w dzikiej dziczy oczywiście weta nie ma.
No i zawieźliśmy do jedynego weta, któremu ufam po przebojach z Rudym.
Po wybudzeniu wyglądał nawet nieźle, ale jak wróciliśmy do domu zaczął wymiotować.
Raz za razem, przez 40 minut.
A był na czczo oczywiście.
Przerażona dzwoniłam do weta co chwilę, było już późno, lecznica zamknięta, ale mój wet zaproponował żebyśmy spotkali się jednak.
Po tym telefonie jak zaczęłam z powrotem przygotowywać kontenerek wymioty ustały.
Biedak był wycieńczony, więc zaniechałam powtórnej, dalekiej wizyty.
Noc spędziłam na kanapie pilnując małego wędrowca na rozchwianych nóżkach.
Ale już jest lepiej.
Rano Rudy biedaka wylizywał, czego Pizdryczek nie znosi zupełnie, bo to niemęskie chyba :)). Pizdryczek i tym razem, choć osłabiony, nie zniósł i zmienił miejsce.
-Przy okazji zrobiłam brunecikowi badania. B wardzo ucieszyły mnie wyniki, choć odwodnienie zastanawia.
Dziś starałam się dać mu jak najwięcej mokrego, młody nie pije wody niestety, a lubi chrupki.
I jak tu nawodnić oporniaka?
Woda w miseczkach rozstawiona w całym domu, cieknącej wody się boi, rosołku nie pija, mokrej karmy unika...
środa, 21 maja 2014
Marzenia się spełniają..
Tak mi dziwnie...
Rok temu zazdrościłam Amyszce Mikesza. Bardzo chciałam kiedyś czarnego kota.
I co?
30 września złowiłam Pizdryczka, najspokojniejszego czarnego kocurra na świecie.
Bardzo chciałam też szylkrecie, tri, jak zwał tak zwał.
A Zocha co? Czarno biała kocia z perfekcyjnymi pończochami od grudnia zmieniła kolor czarnego futerka i teraz ma od blondi przez odcienie brązu po czarny.
No i jak tu nie być szczęśliwym?
Faktem jest, że jeszcze dłużej chciałam niebieściucha...
Czekam na kolejny cud...
Z niecierpliwością..
Rok temu zazdrościłam Amyszce Mikesza. Bardzo chciałam kiedyś czarnego kota.
I co?
30 września złowiłam Pizdryczka, najspokojniejszego czarnego kocurra na świecie.
Bardzo chciałam też szylkrecie, tri, jak zwał tak zwał.
A Zocha co? Czarno biała kocia z perfekcyjnymi pończochami od grudnia zmieniła kolor czarnego futerka i teraz ma od blondi przez odcienie brązu po czarny.
No i jak tu nie być szczęśliwym?
Faktem jest, że jeszcze dłużej chciałam niebieściucha...
Czekam na kolejny cud...
Z niecierpliwością..
niedziela, 18 maja 2014
Podwójna tęcza w dzikiej dziczy..
Niby spokój, a ciągle się dzieje.
W lutym Rudi ześwirował, nagle w niedzielę zaczął biegać przerażony, bardzo szybko, z szeroko otwartymi oczami, chował się do garderoby na półkę z ręcznikami i nie chciał z niej wyjść jakby czyhało na niego coś strasznego.
Pizdryk początkowo myślał, że Rudy zaczyna zabawę, potem już patrzył z zaskoczeniem tylko, to na mnie, to na Rudiego.
Nic nie pomagało, nawet jego ukochane hobby czyli jedzenie. Nie wiedziałam kompletnie o co chodzi, ale jak zaczęłam analizować fakty to doszło do mnie, że zbiegło się to z pojawieniem się Burasa, który uważa się za właściciela naszej działki.
Oczywiście pojechaliśmy z szalejącym Rudim do weta, ale okazało się, że to główka, nie ciałko.
Zastosowaliśmy i karmę Calma plus uspokajacz, przez tydzień zero poprawy.
Wpadłam na pomysł, że może oznaczający wszystko dookoła Buras i jego zapach, który Rudi czuje, bo przecież wnosimy na butach, przez drzwi pewnie też czuć i zaczęłam myć podłogę codziennie, zmywać przed wejściem do domu.
Po miesiącu było trochę lepiej, teraz, po trzech nie jest źle, ale Buras na zewnątrz doprowadza wciąż Rudasa do szału.
Nie dziwię się, bo Buras panoszy się jak u siebie.
Pizdyczek wyrósł na przepięknego kota, w czerwcu ma pierwsze urodziny.
Kurczę to już rok..
Jak na młodziana jest strasznie spokojny, Rudi go zaczepia, ganiają się, że pierze fruwa.
Raczej kłaki, nie pierze, całe garście sobie wyrywają :).
Zocha, wspaniała jest ta kocia, cudo.
Gdyby jeszcze się chciała przełamać i wejść do domu, nie martwiłabym się tak o nią w zimę.
Przychodzi regularnie na jedzonko, teraz, jak jest cieplej przesiaduje u nas całymi dniami, łowi tłuste nornice, krety i myszy.
Chyba ich nie zjada, bo po łowach zajada chrupki z ogromnym apetytem.
Pokochała mnie jeszcze bardziej jak zaczęłam jej podawać niewielki ilości mleka, po prostu uwielbia mleko.
Dawałam jej mokre jedzenie, ale znienacka któregoś odmówiła zjedzenia swojej porcji, którą do tamtej pory pałaszowała w mgnieniu oka.
Mieliście tak? Bo nie rozumiem tej zmiany..
I to jej mruczenie, rozbrajające, wystarczy że na mnie spojrzy i już się rozlega ten cudowny.
Miziak z niej nieprzeciętny, jak wychodzę na ogród chodzi za mną w każdy kąt i łasi się.
Przypomina bardziej psiaka niż kota, waruje często na werandzie.
Pozdrawiam cieplutko wszystkich odwiedzających, dopytujących czy żyjemy :)
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
sobota, 15 lutego 2014
Krumlov..
Odkąd mam futrzaki namówienie mnie na jakiś wyjazd graniczy z cudem.
No, chyba, że chodzi o wypad w góry, to lubię, choć nieczęsto się zdarza.
Post Amyszki z jej kociorzeczami przypomniał mi, że całkiem niedawno byłam w czeskim Krumlovie, absolutnie tego nie chciałam :), ale za namową przyjaciółki pojechałam i przeżyłam lekki szok.
Czechy od Wrocławia to niedaleki wyjazd, ale Krumlov jest naprawdę daleko, w jedną stronę jechaliśmy busem koło 10h, podejrzewam, że samochodem udało by się w 7-8h.
Ale naprawdę warto.
Krumlov to przede wszystkim ogromny zamek, który ciągnie się w nieskończoność i zewsząd go widać.
Jest pięknie podświetlony, a że dojechaliśmy wieczorem to widaok był naprawdę urzekający.
W dzień też pięknie, mimo że słońca nie było tylko deszcz.
Tutaj czeski kot rezydujący w kiosku.
Czy on nie ma typowo czeskiej mordki?
Przesympatyczny, można go było głaskać i głaskać... Ale grupa poganiała niestety..
Miasteczko jest niewielkie, pełno tu pensjonatów, sklepów z pamiątkami i cudownych knajpek z piwem którego nie lubie :), ale też ze świetnym jedzeniem, takiego steku z wołowiny to naprawdę dawno nie jadłam, poezja :)
No i jest to raj dla kociarzy, raj kociorzeczy :)
Widać tu zupełnie inne niż w Polsce podejście do kotów i psów, tu mam wrażenie szanuje się koty na równi z psami, nie ma dziwnych zabobonów.
Na przykład na zdjęciu poniżej, niezbyt dobrze widać, że na kanapie przy szybie siedzi sobie pani z psem i pije kawkę poranną, tak po prostu.
Cząstka rzeczy z kotami jaką udalo mi się uchwycić, było tego znacznie więcej.
Szczególnie polecam nocne wędrówki po Krumlovie wielbicielom horrorów.
Czechy są takim specyficznym miejscem, że na ulicach rzadko spotyka się mieszkańców, a po południu osiedla są wręcz wyludnione, nie wiem skąd się to bierze, ale zawsze mnie to zadziwia ilekroć tam jestem.
W Krumlovie wieczorem jest pusto, a klimat prosto z horroru "Hostel" w moim odczuciu :).
Dreszcze i ciary gwarantowane.
Polecam :)
Wielbicielką zwiedzania nie jestem, ale taakiego miejsca po prostu nigdzie nie ma.
Warto :)
No, chyba, że chodzi o wypad w góry, to lubię, choć nieczęsto się zdarza.
Post Amyszki z jej kociorzeczami przypomniał mi, że całkiem niedawno byłam w czeskim Krumlovie, absolutnie tego nie chciałam :), ale za namową przyjaciółki pojechałam i przeżyłam lekki szok.
Czechy od Wrocławia to niedaleki wyjazd, ale Krumlov jest naprawdę daleko, w jedną stronę jechaliśmy busem koło 10h, podejrzewam, że samochodem udało by się w 7-8h.
Ale naprawdę warto.
Krumlov to przede wszystkim ogromny zamek, który ciągnie się w nieskończoność i zewsząd go widać.
Jest pięknie podświetlony, a że dojechaliśmy wieczorem to widaok był naprawdę urzekający.
W dzień też pięknie, mimo że słońca nie było tylko deszcz.
Tutaj czeski kot rezydujący w kiosku.
Czy on nie ma typowo czeskiej mordki?
Przesympatyczny, można go było głaskać i głaskać... Ale grupa poganiała niestety..
Miasteczko jest niewielkie, pełno tu pensjonatów, sklepów z pamiątkami i cudownych knajpek z piwem którego nie lubie :), ale też ze świetnym jedzeniem, takiego steku z wołowiny to naprawdę dawno nie jadłam, poezja :)
No i jest to raj dla kociarzy, raj kociorzeczy :)
Widać tu zupełnie inne niż w Polsce podejście do kotów i psów, tu mam wrażenie szanuje się koty na równi z psami, nie ma dziwnych zabobonów.
Na przykład na zdjęciu poniżej, niezbyt dobrze widać, że na kanapie przy szybie siedzi sobie pani z psem i pije kawkę poranną, tak po prostu.
Cząstka rzeczy z kotami jaką udalo mi się uchwycić, było tego znacznie więcej.
Szczególnie polecam nocne wędrówki po Krumlovie wielbicielom horrorów.
Czechy są takim specyficznym miejscem, że na ulicach rzadko spotyka się mieszkańców, a po południu osiedla są wręcz wyludnione, nie wiem skąd się to bierze, ale zawsze mnie to zadziwia ilekroć tam jestem.
W Krumlovie wieczorem jest pusto, a klimat prosto z horroru "Hostel" w moim odczuciu :).
Dreszcze i ciary gwarantowane.
Polecam :)
Wielbicielką zwiedzania nie jestem, ale taakiego miejsca po prostu nigdzie nie ma.
Warto :)
piątek, 14 lutego 2014
Urodziny obchodzimy :)
Trzy lata temu pani Agnieszka przywiozła mi z Żywca rudego wypłosza.. znaczy księciunia :)
To było ponad 3 i pół kilograma temu :)
Była pyszna, świeżuteńka wołowinka, na deser serek kremowy, a teraz odpoczywamy przy kominku :)
Ja z cudownym ekologicznym, czerwonym winkiem, po pożarciu opakowania Rafaello :)
Pozdrawiamy!
Piąteczek na dodatek!
To było ponad 3 i pół kilograma temu :)
Była pyszna, świeżuteńka wołowinka, na deser serek kremowy, a teraz odpoczywamy przy kominku :)
Ja z cudownym ekologicznym, czerwonym winkiem, po pożarciu opakowania Rafaello :)
Pozdrawiamy!
Piąteczek na dodatek!
niedziela, 2 lutego 2014
czwartek, 16 stycznia 2014
A miało być tak pięknie..
Takie moje piegowate szczęście chyba...
No ale, od początku...
Stosunki Rudiego z Pizdrykiem zbliżyły się do normalnych, samczych kontaktów.
Bijatyki, syki, prychy, wspólne jęczenie o jedzenie, ustalanie który jest godzien spać u mych stóp itd..
Pizdryk zaczął bardzo szybko uprawiać chodzenie po ścianie
Udowadniać, że jest ważniejszy od tego co ja sobie zaplanuję
Przytulaśnym kotkiem być
Ale..
No właśnie.
Czemu zawsze, w każdym kolejnym przypadku kiedy przygarniam koteczka, nie może być "i żyli w zdrowiu długo i szczęśliwie"?
Mimo, że Pizdryczek młody i żerty coś mi - jak zwykle - przeszkadzało.
Byliśmy u weta na szczepieniu i już wtedy zwracałam uwagę na symptomy, ale właśnie wymieniał ząbki i miało przejść.
No i nie przeszło, co więcej zaogniło się i co więcej to, jak w moim przypadku, autoagresja organizmu.
Kociołek ma pół roku a wetka już zapowiedziała pozbawienie go ząbków...
Patrzę na to kruche maleństwo i uwierzyć nie mogę.. A tak się starałam żeby miał wszystko co trzeba i się dobrze rozwijał...
Czytam i czytam i nie widzę światełka dla jego ząbków w tunelu...
No ale, od początku...
Stosunki Rudiego z Pizdrykiem zbliżyły się do normalnych, samczych kontaktów.
Bijatyki, syki, prychy, wspólne jęczenie o jedzenie, ustalanie który jest godzien spać u mych stóp itd..
Pizdryk zaczął bardzo szybko uprawiać chodzenie po ścianie
Udowadniać, że jest ważniejszy od tego co ja sobie zaplanuję
Przytulaśnym kotkiem być
Ale..
No właśnie.
Czemu zawsze, w każdym kolejnym przypadku kiedy przygarniam koteczka, nie może być "i żyli w zdrowiu długo i szczęśliwie"?
Mimo, że Pizdryczek młody i żerty coś mi - jak zwykle - przeszkadzało.
Byliśmy u weta na szczepieniu i już wtedy zwracałam uwagę na symptomy, ale właśnie wymieniał ząbki i miało przejść.
No i nie przeszło, co więcej zaogniło się i co więcej to, jak w moim przypadku, autoagresja organizmu.
Kociołek ma pół roku a wetka już zapowiedziała pozbawienie go ząbków...
Patrzę na to kruche maleństwo i uwierzyć nie mogę.. A tak się starałam żeby miał wszystko co trzeba i się dobrze rozwijał...
Czytam i czytam i nie widzę światełka dla jego ząbków w tunelu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)












.jpg)




















